Piotr Orawski (1962 – 2013)

muzykolog, radiowiec i autor książek

Fryderyk Wielki

Dodaj komentarz

17/05/2012 19:12:20

                                                                                                                                                                                                          Andrzejowi Wiktorowi Piotrowskiemu

Wiele lat temu, w radiowej Trójce, spotkałem na drodze swego zawodowego życia Andrzeja Wiktora Piotrowskiego, męża Olgi Lipińskiej, jednego z ostatnich wielkich erudytów, jakich miałem okazję w życiu poznać. Człowieka książki, człowieka biblioteki, znawcę kultury najwyższej klasy. Zrobiliśmy razem z Andrzejem kilka audycji w Trójce, a ja zawsze miałem uczucie niedosytu. Tylko jedną nagrałem z anteny; wszystkie inne zostały wyemitowane „na żywo” i teraz żałuję, że tak się stało, że ich nie nagrałem. Z reguły każdy z nas zakłada długowieczność i trwanie tego, co się robi. Nigdy więcej nie uwierzę takiej argumentacji. Ta jedna, jedyna audycja, która jest w moich domowych zbiorach, jest zarazem wspomnieniem człowieka, którego już nie ma wśród nas, ale który w nas żyje, nie tylko w pamięci Olgi, chociaż w Niej – co jak najbardziej zrozumiałe – najbardziej intensywnie i najżywiej jest obecny. Kiedy pracowałem w Trójce, widziałem często dwóch Panów: Andrzeja Wiktora Piotrowskiego i profesora Stefana Treugutta. Obu ich żegnałem na antenie, bo tak się złożyło, że miałem programy, kiedy dotarły wiadomości o ich śmierci. Najpierw profesora Treugutta, potem Andrzeja Wiktora. To bardzo trudne zadanie: powiedzieć kilkanaście zdań tuż po otrzymaniu takich wiadomości. Obaj byli wielkimi przyjaciółmi Trójki. Miałem też powód osobisty: moja Mama uczyła się języka polskiego u Mamy prof. Stefana Treugutta w Liceum w Siemiatyczach. Ciągłość tradycji? Genius loci tej ziemi? Nie sądzę, nie wierzę w tego rodzaju koincydencje w wymiarze wiary. Wierzę w coś zupełnie innego. W siłę ludzkiego myślenia. Andrzej Wiktor Piotrowski zrobił w Trójce dwa rewelacyjne cykle audycji z prof. Stefanem Treuguttem: Sto książek – sto rozmów Dialogi o arcydziełach. Słuchałem tych audycji z wypiekami na twarzy. Pierwszy cykl poświęcony był literaturze polskiej, drugi literaturze światowej. Miałem całkiem uzasadnione wrażenie, że uczę się po raz drugi, trzeci albo nawet i czwarty, że Ci dwaj panowie potrafili opowiadać o literaturze tak fascynująco, iż po kwadransie słuchania rozmowy z nimi byłem głodny. I jadłem słowa wypowiedziane wtedy i zapisane wcześniej. I jadłem książki. A skąd tu Fryderyk Wielki? Bo jest to zatrzymany w czasie jedyny zapis naszej wspólnej audycji, której smak ubarwiła kawa Olgi. Nie mieliśmy wątpliwości, że był to największy Niemiec osiemnastego wieku, że z jego punktu widzenia zrobił swoje, że ustanowił rozsądne i racjonalne prawo, że był człowiekiem nie tylko szeroko pojętej kultury, ale i sztuki. Mamy prawo go nieznosić, bo wraz z Sophie FriederikeAuguste zu Anhalt-Zerbst, czyli z rosyjską Katarzyną Wielką, i Habsburgami rozebrali nam Polskę, ale trzeba przyznać im sprawiedliwość w tym sensie, że działali w imię własnej polityki i państwowości, o czym wielu z nas nie chce pamiętać. Nie chcemy też pamiętać o tym, że przepiękny pałac Sanssouci w Poczdamie był w XVIII wieku ostoją wolnej myśli, że kilka lat mieszkał tam Wolter, że częstym gościem był tam biskup warmiński Ignacy Krasicki, którego król Prus nie traktował jako swego podwładnego po pierwszym rozbiorze Polski, tylko jako obywatela Europy, czarującego rozmówcę, inteligentnego pisarza, twórcę mądrych bajek i przypowieści. Fryderyk Wielki był postacią wyjątkową; obaj z Andrzejem byliśmy nim zafascynowani. Wstawał o świcie i sprawy państwowe załatwiał bardzo wcześnie rano. Ministrowie z Berlina do Poczdamu musieli wyjeżdżać w środku nocy; dziś podróż pociągiem (S-Bahn) zajmuje około godziny. Ale najbardziej dokuczliwe musiały być słynne koncerty, urządzane codziennie po południu. Laureat literackiej nagrody Nobla, Romain Rolland, w swojej książce Wycieczka w krainę muzyki przeszłości w ten sposób opisał popołudniowe spotkania w pałacu SanssouciCodziennie, pomiędzy piątą a szóstą, król dawał koncerty na flecie. Dwór zaproszony rozkazem słuchał z nabożeństwem utworów „długich i trudnych”, jak to sam król podkreślał. Utworów takich nigdy Fryderykowi nie zabrakło. Sam Quantz sporządził ich trzysta dla wiadomego użytku, a kompozycji tych nie wolno było publikować, by nikt inny grać ich nie mógł. Koncerty te wymagały nieraz długiego oddechu, toteż zdarzało się, że król przerywał wbrew zasadom trudny pasaż, by złapać powietrze w piersi. Charles Burney przyznaje, że grał z wielką precyzją, czysto i równo, z ogromną wprawą palcowania oraz łatwością wykonania, bez względu na trudność kompozycji. Dwór słuchał z rezygnacją w milczeniu, gdyż nie wolno było dać znaku uznania czy podziwu {nie przypuszczano nawet, by mogło się stać coś przeciwnego}. Jedynie sam olbrzymi Quantz, godny dla swego wzrostu służyć w pułku gwardyjskim króla Prus, miał prawo wołać „brawo” swemu królewskiemu uczniowi po każdym solo i po skończonym koncercie. Codziennie może nie, ale raz na kwartał chciałbym się znaleźć na takim koncercie, ale szans żadnych nie mam, bo Fryderyk Wielki spoczywa obok swoich psów w parku Sanssouci i z pewnością niczego już więcej nie zagra.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s