Piotr Orawski (1962 – 2013)

muzykolog, radiowiec i autor książek

O Dürerze, Brueglu, El Grecu i kliku innych malarzach, którzy na co dzień są ze mną

Dodaj komentarz

18/06/2012 22:17:27

                                                                                                                                                Temu, który widzi te obrazy codziennie

 

Jest piękny autoportret Albrechta Dűrera z roku 1500, w którym jego twarz jest bardzo podobna do twarzy Chrystusa, tak jak pojmowała to stylistyka i ikonografia nie tylko jego epoki. Znakomita twarz i niezwykłe oczy, namalowane tak, że z każdego punktu widzenia widzą wszystko. Jest też drugi obraz, który patrzy na mnie codziennie przy pracy. To obraz Chrystusa namalowany przez El Greca. Oczy Bożego Syna z cudowną symboliczną aureolą, bo ani przez okrąg, ani mandorlą wyrażoną, tylko czymś, co ma kształt domyślnego kwadratu, patrzą w niebo. To są dwie perspektywy naszego życia. Portret wielkiego Niemca patrzy mi prosto w oczy i zadaje nieodmiennie to samo pytanie: co dziś zrobiłeś, co napisałeś, czym ten dzień zaznaczyłeś w swoim życiu? Zdarza się tak, że nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Twarz Chrystusa, namalowana przez El Greca, zadaje pytania zgoła inne, chyba dużo głębsze: po co jesteś, jaki jest sens bycia tutaj, skoro z jednej strony nie wierzysz, a drugiej strony patrzysz w niebo z nadzieją niepojętą albo niezrozumiałą. Jest jeszcze trzecia reprodukcja, z którą na co dzień jestem. To Szalona Gerta Pietera Bruegla, obraz który widziałem w Antwerpii. Jest bardzo bliski stylistyce Boscha, podobnie przedstawia szaleństwo tego świata. Lubię pracować w całkowitej ciszy, chociaż jestem muzykiem. Cisza daje mi poczucie bezpieczeństwa. Rozumiem dawnych mistrzów, zwłaszcza z Niderlandów i Flandrii, którzy malowali martwe natury. Niemcy nazywali to o wiele lepiej: ciche życie. O dawna mam takie przekonanie, że wszelkie dzieła sztuk plastycznych są takim właśnie cichym życiem, choć u mnie mimo wszystko ewokują dźwięki, słyszane, ale tylko w obszarze słuchu wewnętrznego i muzycznej wyobraźni. Nie zapomnę pobytu w Colmarze, kiedy oglądałem Ołtarz z Iseheim Mathisa Gothardta Neidhardta, zwanego Grünewaldem. To jedno z najbardziej przejmujących dzieł sztuki chrześcijańskiej i sztuki w ogóle. W ciszy muzeum słyszałem dźwięki obu bachowskich pasji, pasyjnych dzieł Schütza i wielu innych mistrzów dawnych protestanckich pasji tamtych czasów. Kiedy patrzę w oczy Dürera w reprodukcji znad mego biurka, słyszę muzykę Josquina, zwłaszcza jego ostatnią mszę Pange lingua, która łączy doskonałość formy, perfekcję polifonii, nowatorskość techniki przeimitowania, ale przede wszystkim to osobliwe piękno, które wszelkim kategoriom intelektualnym się wymyka, zostawiając nas już tylko w niewerbalnej przestrzeni doświadczenia samego piękna. El Greco to z kolei doświadczenie zgoła metafizyczne w tym sensie, o jakim pisał Arystoteles. To wzrok zawieszony w innej niż ludzka perspektywie, gdzieś daleko poza naszym światem, choć z drugiej strony jest to Jezus bardzo ludzki, bez nimbu świętości, Syn Boga i człowiek zarazem, który już za chwilę powie pamiętne słowa: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Bruegel i Bosch fascynują mnie od dawna. To mówiąc językiem dawnych filozofów fizyka i metafizyka. Fizyka w tym znaczeniu, że pokazuje świat rzeczywisty, chociażby taki, który jest otulony śniegiem, że pokazuje zwykłych ludzi zajmujących się swoimi sprawami, ale tak pięknie, że nie tylko obraz, ale także ci ludzie są dziełem sztuki. Metafizyka, bo pokazuje wszystkie demony tego życia w sposób tak malarsko sugestywny, że dopiero psychoanaliza potrafiła znaleźć język i sposoby na podobną językową i wyobraźniową wyrazistość. Muzyczne piekło Boscha z Ogrodu rozkoszy ziemskich w madryckim Prado to wielka przypowieść o nieskończoności zła w majestacie sztuki. To nieprawda, że sztuka zawsze aspiruje do bycia dobrem mimo wszystko, bez względu na to, o czym mówi. Jest na to bardzo wiele przykładów. Casus Kwiatów zła Baudelaire’a czy Pieśni Maldorora Lautreamonta to przypadki skrajne we francuskiej literaturze XIX wieku, ale dobrze wyrażają słowami to, co kilka wieków wcześniej pokazał w wielu swoich obrazach mistrz z s’Hertogenbosch. Szalona Berta Breugla należy do podobnej kategorii artystycznej wyobraźni. Rozmaite odcienie czerwieni tego obrazu, tylko w jednym prawym górnym rogu lekko rozjaśnione, nasuwają oczywiste skojarzenia z malarskim i kulturowym wyobrażeniem piekła, z ogniem, zagładą i unicestwieniem. Rzecz polega jednak na tym, że to my, ludzie, tworzymy takie plastyczne wizje. Śmierć z natury jest ślepa i głucha, bo pozbawia nas na zawsze wszelkich zmysłów, zwłaszcza tych najważniejszych – daru widzenia i słyszenia. Malarstwo daje nam ważną lekcję ciszy; muzyka – wprost przeciwnie, są to jednak rzeczywistości wzajemnie się dopełniające: kiedy słucham, widzę; kiedy widzę, słucham.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s