Piotr Orawski (1962 – 2013)

muzykolog, radiowiec i autor książek

O muzyce

Dodaj komentarz

  01/04/2012 14:11:21

                                                                                                                 Rafałowi

     O muzyce najtrudniej jest mi pisać, bo od bardzo wielu lat, ponad czterdziestu, jest dla mnie czymś oczywistym i codziennym, jest moim drugim językiem, choć nie ma on charakteru takiego języka, w którym można toczyć spory, polemiki i dysputy oparte na semantyce takiej, jaką znamy ze zwykłego  używania słów. Wielu mądrych ludzi zastanawiało się, czym właściwie jest muzyka i na czym polega jej fenomen? Już w starożytnej Grecji, w pismach nie tylko Platona i Arystotelesa, jako twórców dwóch głównych nurtów europejskiej myśli filozoficznej, pojawiły się pytania o istotę i naturę sztuki dźwięku, przy czym odpowiedzi powiązane były zwykle ze sferą etyki i moralności. To dziwne, że właśnie wtedy wielcy myśliciele uznali te aspekty muzyki za najbardziej istotne. Nigdy potem takiego ścisłego związku nie było, choć wiek XVII i XVIII stworzył skomplikowany system retoryki muzycznej, czyli tego, co wielki muzyk swojej epoki Johann Mattheson nazwał mową dźwięków, o czym przypomniał nam Nikolaus Harnoncourt. Jeśli jednak prześledzimy dzieje historii muzyki od jej średniowiecznych i zarazem nowożytnych początków, to okaże się, że dawne greckie koncepcje miały znaczenie bardziej filozoficzne i teoretyczne niż w praktyce muzycznej realizowane. Muzyka od czasów Wieków Średnich była zawsze zjawiskiem żywym, a nie traktatem teoretycznym, żywym ciałem, tkanką, która realizowała się w żywym wykonaniu, a nie w naukowej refleksji. Ten proces zaczął się już u źródeł, w twórczości św. Hildegardy z Bingen, która pierwsza w dziejach sztuki dźwięku pojęła, czym jest muzyka rozumiana jako akt autorskiej twórczości, chociaż zapewne w tej kategorii swoich dzieł nie postrzegała. W ewolucji muzycznych form, technik, gatunków i struktur są dwie główne tendencje i dwa podstawowe kierunki rozwoju: albo była to powolna ewolucja twórczości, albo radykalna zmiana wszystkiego, co zostało zastane. Pierwsza droga była udziałem wielu mistrzów, w tym tak wielkich, jak Jan Sebastian Bach czy Wolfgang Amadeusz Mozart; druga stała się udziałem takich kompozytorów, jak Guillaume Dufay czy Claudio Monteverdi; a w czasach nowożytnych taki kierunek wytyczyli Ludwig van Beethoven i kompozytorzy drugiej Szkoły wiedeńskiej. Leibniz mówił, że muzyka to nieświadome liczenie w duchu. Jest w tym wiele podświadomych racji. Muzyka rzeczywiście jest liczeniem, chociaż takim, z którym matematyka miałaby spory problem, bo jest to liczenie nierówne. W partyturze wygląda to bardzo jasno. W nowożytnym systemie notacji muzycznej każda większa nuta dzieli się na dwie mniejsze, chyba że jest to podział nieregularny i wtedy może dzielić się na trzy nuty, które muzycy nazywają triolami. Analogicznie do tej procedury, wywiedzionej jeszcze z dawnych zasad Wieków Średnich, skorygowanych w czasach nowożytnych, można tworzyć wiele wariantów rytmów nieregularnych, ale generalnie są to aberracje od sytemu zasadniczego. Jeśli Leibniz mówił o czymś, co jest z istoty swej nieświadome, a co polega na nieświadomym liczeniu w duchu, to dotknął istoty rzeczy w tym sensie, że muzyka jako taka jest harmonią, proporcją, że wciąż jeszcze zwraca się do tej tradycji i tego źródła, które ją samą zrodziło. Ale muzyka jest zarazem tym obszarem twórczej działalności człowieka, która zwraca się nie tylko do tradycji pitagorejskiej, ale także do swojej własnej genezy, u której źródła legł zachwyt czystą kompozycją dźwięków. Co sprawia, że taka czy inna rzecz wprawia nas w zachwyt? Na przykład klasztor Montserrat w Katalonii? Przecież to nie tylko to, że jest malowniczo położony i trudno tam dotrzeć, ale przede wszystkim, że jest to dla wielu ludzi miejsce święte. I tu chyba dotykamy istoty rzeczy. Muzyka jest też obszarem świętym, bez względu na to, czy chodzi o Magnificat Mikołaja z Radomia, czy o fortepianowe Wariacje Antona Weberna. Trudno o większą rozpiętość stylistyczną, pisząc  o muzyce, o jej istocie, o sensie głęboko pojętym, jednak dopiero taka perspektywa ujawnia jej jedność jako bytu, jako zjawiska, jako fenomenu, którym ludzie od lat się zajmowali i zajmować się będą, gdy ani mnie, ani Ciebie już na tym świecie nie będzie. Zdobyczą naszego myślenia o muzyce jest takie oto proste przekonanie: to nie jest domena muzyków czy muzykologów; to jest obszar fascynacji tych ludzi, dla których o wiele większą wartość ma wzruszenie niż refleksja intelektem zrodzona. Ale w gruncie rzeczy taki był charakter sztuki dźwięku od początku jej lat średniowiecznych, To emocja, przeżycie, dotarcie do dna ludzkiej wrażliwości, które wśród ludzi wtedy wykształconych znaczyło także dotarcie do sedna rozumienia ówczesnego świata. Muzyka przez wiele setek lat była sferą wiedzy. Starzy mistrzowie mówili o niej: musica est scientia. Kiedy to się zmieniło? Trudno to jednoznacznie orzec. Ten proces był długotrwały i zaczął się już w czasach Guillamau’e de Machauta i Guillaume’a Dufaya; stał się faktem oczywistym w czasach Lutra i Josquina des Pres, a skończył się w czasach ostrych polemik stylistycznych przełomu XVI i XVII wieku, z których obronną ręką w sensie artystycznym wyszedł największy artysta tamtej epoki – Claudio Monteverdi. Od tego czasu dualizm semantyczny pojmowania muzyki zaczął swoistą fluktuację, która trwa do dziś: czym ona właściwie jest? Wiedzą? Sztuką? Czymś pośrednim? Sztuka dźwięku nigdy właściwie na tak sformułowane pytanie nie odpowiedziała jednoznacznie. Myśl europejska próbowała ostatecznie to rozstrzygnąć, ale – rzecz jasna – nigdy to się nie udało, bo na takie pytania w zasadzie odpowiedzi nie ma i chodzi bardziej o to, żeby je zadawać niż na nie odpowiadać. Chyba najwięcej w tej materii zrobili w swoich pismach Roman Ingarden i Theodor Wiesengrund Adorno, próbując dociec, na czym polega sens muzyki jako takiej, ale czy jest to w ogóle możliwe? Dla Wagnera i jego zwolenników była to z pewnością sztuka przez duże „S”, ale czy tym była dla twórców dodekafonii? Zapewne też; przy okazji także nowym obszarem wiedzy jeszcze niezgłębionej, nieznanej, a przy tym miejscem kłótni, sporów, estetycznych procesów. Muzyka nie zawsze łagodzi obyczaje. Jeśli jednak już potrafi to robić, to jest pytanie inne zgoła: czy jest muzyka mądra i głupia? Rzadko stawia się lub formułuje tego typu kontrowersje stylistyczne czy estetyczne, bo na dobrą sprawę wydaje się, że nie mają one sensu. Można jednak zadać takie oto pytanie: dlaczego o jakimkolwiek tekście napisanym możemy wydać sąd estetyczny, stylistyczny lub semantyczny, a dlaczego o tekście zagranym takiego sądu wydać nie możemy? Muzyka od dawna była obszarem działań, które coś znaczyły, tych sfer, w których dźwięk coś wyrażał i do wielu dziedzin myśli ludzkiej prowadził, do nich się odwoływał. Ale do ilu z nich w końcu doprowadził? Tego nie wiem i to jest obszar, który w muzyce jest niezbadany, bo gdyby ona sama o tym wiedziała, to by zamilkła. Na zawsze.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s