Piotr Orawski (1962 – 2013)

muzykolog, radiowiec i autor książek

O romantyzmie i o śmierci

Dodaj komentarz

11/06/2012 22:28:12

Rafałowi, który jest moim romantyzmem i mam nadzieję, że także będzie moją śmiercią.

 

       Romantyzm stawiał trudne pytania. Między innymi te, które pytały o sens bycia i życia, o sens czegoś, co nazywamy okrucieństwem albo wyborem mniejszego zła. Nie należy stawiać takich pytań. Bo jest to koniec. Wielokrotnie pytałem, co to jest koniec. Koniec to jest coś takiego, kiedy umiera rzecz lub ktoś najważniejszy, kiedy między bliskimi do tej pory ludźmi rodzi się pustka, przestrzeń niczym nie wypełniona. To najgorsze z możliwych doświadczeń. Obudzić się i zrozumieć, że miłość umarła, że leży w grobie. Romantyzm takie pytania stawiał z całym okrucieństwem ich zadawania. Był jednak w tym jakoś uczciwy, nie wymagał oczekiwań nadmiernych, ale uświadomił nam, że życie i śmierć mają ten sam walor bycia i niebycia. Ten czas, który zwykle kojarzy nam się ze wzmożoną uczuciowością jest czasem wyczulonej intensywności na śmierć, na odchodzenie. Romantyzm  próbował nauczyć nas umierania. Próbował oswoić moment ostateczny przez fascynację samym sobą. Był też propozycją estetyczną. Pięknie pisała o tym Maria Janion w książce Żyjąc, tracimy życie w rozdziale Bezdenne okrucieństwoPrawdziwym bohaterem romantycznych powieści grozy – od Zamku w Otranto Walpole’a do Tajemnic zamku Udolpho pani Radcliffe – był zamek. Zamek średniowieczny. Tajemniczy, groźny, z sekretnymi przejściami, zamkniętymi przez lata komnatami i strasznymi podziemnymi lochami, niknący we mgle i wyniosły na słońcu. Trudno nie pomyśleć w tym kontekście o Zamku Kafki i o tajemniczym opactwie z Imienia róży Umberta Eco. Pierwszy podobno miał swoje korzenie w czeskim Frydlandzie, drugi w jednym z najpiękniejszym klasztorów w środkowej części Europy, w opactwie w Melku i jego fascynującej bibliotece. W tej samej książce Maria Janion przywołała znakomity wiersz Tadeusza Różewicza, który jest dla mnie i fascynujący, i przerażający, i wstrząsająco prawdziwy w kontekście naszej ludzkiej egzystencji, tu, na tej ziemi, na której przez chwilę był Mały Książę i my w zasadzie też jesteśmy przez chwilę, chociaż prawie nikt z nas tej świadomości nie ma:


Tadeusz Różewicz

 bez

największym wydarzeniem

w życiu człowieka

są narodziny i śmierć

Boga

ojcze Ojcze nasz

czemu

jak zły ojciec

nocą

bez znaku bez śladu

bez słowa

czemuś mnie opuścił

czemu ja opuściłem

Ciebie

życie bez boga jest możliwe

życie bez boga jest niemożliwe

przecież jako dziecko karmiłem się

Tobą

jadłem ciało

piłem krew

może opuściłeś mnie

kiedy próbowałem otworzyć

ramiona

objąć życie

lekkomyślny

rozwarłem ramiona

i wypuściłem Ciebie

a może uciekłeś

nie mogąc słuchać

mojego śmiechu

Ty się nie śmiejesz

a może pokarałeś mnie

małego ciemnego za upór

za pychę

za to

że próbowałem stworzyć

nowego człowieka

nowy język

opuściłeś mnie bez szumu

skrzydeł bez błyskawic

jak polna myszka

jak woda co wsiąka w piach

zajęty roztargniony

nie zauważyłem twojej ucieczki

twojej nieobecności

w moim życiu

życie bez boga jest możliwe

życie bez boga jest niemożliwe

 

To jeden z najbardziej poruszających tekstów poetyckich, jakie znam. Powiedzieć w kilkunastu wersach tak wiele, poruszyć te najbardziej czułe struny naszej duszy albo – jak kto woli – naszego ziemskiego jestestwa w perspektywie, której nie znamy, chociaż wielu z nas o tym myśli, i zakończyć to wszystko sentencją tyleż absurdalną, powtórzoną zresztą, co głęboką, bardzo głęboką, wyrażoną osobliwie w poetyckiej stylistyce, to wielkie mistrzostwo literackie i intelektualne. Myślę, że wykracza to poza poetykę nam współczesną i dotyka spraw uniwersalnych, jak najbardziej ważnych dla naszej egzystencji. Tadeusz Różewicz zadaje nam te same pytania, co najwięksi poeci i filozofowie kilku ostatnich wieków. I jak zwykle odpowiedź nie jest możliwa, bo sztuką jest zadawać pytania, a nie odpowiadać na nie. Odchodzenie nie jest rzeczą prostą. Jeszcze trudniejszą jest życie „bez”. Jak żyć „bez”? Bez kilku miejsc ulubionych albo ukochanych, kiedy odchodzić trzeba bez naszej woli i zgody? Bez kilku ludzi nam niezbędnych do codziennego życia? Bez tych, których się kochało? I nie ma znaczenia, jaka to była miłość i ile trwała. Erich Fromm w swojej znakomitej książce O sztuce miłości nie różnicuje ani rodzaju tego uczucia, ani osób, które mu podlegają. To jasne, że miłość matki do jej dziecka albo odwrotnie nie ma żadnych innych podtekstów. Jasne też jest, że miłość między ludźmi dojrzałymi ma też inny kontekst. Ale zawsze powinna to być miłość, czyli taka emocja, która zaprzecza nienawiści, byciu w konflikcie, byciu nie razem. Jeśli nie potrafimy ogarnąć Boga, to próbujmy chociaż ogarnąć siebie, bo tam chyba też jest Ktoś, kto sam siebie nazwał Miłością. Jedno wydaje się pewne: nie powinno się żyć „bez”, przynajmniej tu, na ziemi, a co będzie potem, tego za życia nie poznamy. Można to osiągnąć wiarą, ale nie każdy z nas dostąpił tej łaski.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s