Piotr Orawski (1962 – 2013)

muzykolog, radiowiec i autor książek

O śmierci

Dodaj komentarz

05/02/2012 19:32:06

                                                                                                                               Rafałowi

   Ze śmiercią można się ścigać, ale nigdy jej nie dopadniemy. Śmierć nie jest czymś, co ma nas przerażać, śmierć jest czymś, z czym musimy się pogodzić. Pozostaje – co oczywiste – poza naszym zasięgiem. Czy można ją oswoić? Czy można nadać jej ludzkie oblicze? Czy można uczynić z niej kogoś, kto jest naszym ulubionym albo ukochanym sąsiadem? O to ludzie pytali od dawna i nikt pewnej odpowiedzi nie udzielił. Jeśli to piszę, to tylko dlatego, że każdy z nas powinien zmierzyć się z tą najbardziej nieoczywistą stroną naszego bycia na ziemi, w życiu, w trwaniu, w tym, co na co dzień nie jest nocą, ale dniem wyłącznie, światłością, blaskiem. Stanie się i tak ciemnością bez względu na porę dnia czy nocy. Sztuka zawsze instynktownie bardziej niż racjonalnie próbowała zmierzyć się ze śmiercią. Instynktownie, bo z natury swojej jest afirmacją życia, zaprzeczeniem umierania, bezwiedną często kreacją czegoś, co z góry skazane zostało na zagładę, choć samo o tym nie wiedziało. I ta niewiedza jest zarazem jej siłą, motorem, w ludzkim tylko wymiarze pojętą afirmacją nieśmiertelności. Radość pisania. Możność utrwalania. Zemsta ręki śmiertelnej. Jeśli sens sztuki na czymś polega, to na tym właśnie – na tej złudnej nadziei, która tworzy zarazem sens bycia tutaj przy jednoczesnym poczuciu całkowitego bezsensu takiej egzystencji. Weźmy taki oto przykład: człowiek, który niemal przez całe życie śmierci się wymykał – nie dlatego, że z nią walczył, tylko z tego powodu, że była częścią jego wiary, oglądu świata, pojmowania rodziny, wreszcie sensem życia w wymiarze religijnym i społecznym – Jan Sebastian Bach, traktował śmierć jako coś najbardziej oczywistego; więcej nawet, gdy odeszła jego pierwsza żona, a on o tym pojęcia nie miał, bo był daleko od domu rodzinnego, przyjął to ze smutkiem, czego artystycznym dowodem jest Fantazja g-moll (BWV 542), ale jednocześnie niemal natychmiast zaczął szukać drugiej żony, matki jego małych dzieci i westalki domowego ogniska. I przykład drugi: Hugo Wolf. Kompozytor genialny, jeden z największych twórców pieśni późnego romantyzmu, jeden z wielu kompozytorów oszalałych, dla których choroba psychiczna była wstępem do śmierci, do umierania. Ale także i do tworzenia, do tej aktywności, która tylko w takich okolicznościach zrodzić się może. Co mają ze sobą wspólnego Bach i Wolf? Nic. Może właśnie dlatego w kontekście śmierci i umierania warto o takie powinowactwa zapytać? A co mają ze sobą wspólnego Franz Kafka i Tadeusz Różewicz? To akurat wiemy, ale tak zadane pytanie o sens śmierci albo jej bezsens pozostaje wciąż jak najbardziej aktualne. Mówiąc o śmierci w kontekście sztuki, mam pewien zasadniczej natury kłopot. Jakiej sztuce mam poświęcić uwagę największą? Literatura starała się słowami opisać grozę sytuacji jak największą, ale różnie się jej to udawało. Malarstwo, architektura i wszystko inne, co do zmysłu wzroku się odwoływało, było chyba bliższe uchwycenia istoty albo sensu tego fenomenu, jakim jest śmierć w wymiarze dotykalnym, namacalnym, zmysłowym. Teatr i wszelkie formy podobne, w tym także opera, miały możliwości różnorakie, które jeśli nie ocierały się o kicz, mogły robić rzeczy niezwykłe; wystarczy postać szekspirowskiego Fortynbrasa i wielki wiersz Herberta. A co z muzyką? Czy i jak mogła mówić i mówiła o śmierci; także w kontekście sztuk innych i innych dziedzin ludzkiej aktywności intelektualnej? Śmierć jest obszarem nieoznaczoności, ale w innym sensie niż o tym zjawisku w fizyce pisał Werner Heisenberg. Jest obszarem nieoznaczoności totalnej, całkowitej, bezbrzeżnej. Jest także obszarem niewiedzy i – jak się wydaje – domeną taką na długo (jeśli nie na zawsze) pozostanie. Jest dziedziną domniemań, wiary, domyśleń, nigdy jednak sferą pewności i na tym polega jej fenomen. Śmierć oznacza koniec. Koniec bycia, koniec bytu, koniec życia. Po prostu koniec. Trudno to sobie na co dzień wyobrazić, bo naturalnym instynktem życia jest życie, przeżycie, przetrwanie, zachowanie takiego stanu posiadania, który od dnia narodzin każdy z nas ma.

   Od kiedy ludzie mówili i myśleli o śmierci? Od zawsze, od początku, chociaż z perspektywy każdego z nas oznacza to wizję eschatologiczną i z zasady niezrozumiałą, niepojętą, w rzeczy samej wręcz absurdalną: jak ma się skończyć to, co jest? Jak ma przestać być to, co istnieje i ma wszelkie walory istnienia indywidualnego, tego, co ma charakter niepowtarzalny, wyjątkowy, jedyny, nawet jeśli nasze przekonanie o wyjątkowości naszych egzystencji jest złudzeniem jedynie i w gruncie rzeczy nie tyle mija się z prawdą, ile w ogóle nie ma sensu.? Śmierć nie ma sensu, ale jest faktem. Świat jest wszystkim, co jest faktem. Świat jest zbiorem faktów, nie rzeczy. To być może najbardziej posunięta w jej bezwzględnej konsekwencji myśl Ludwiga Wittgensteina. Z drugiej strony po śmierci bliskich to rzeczy zostają, nie fakty. Fakty są funkcją naszej pamięci, rzeczy tym, z czym musimy jakoś się uporać i z czym często największy mamy kłopot. Jak mówić o śmierci? Tego nikt z nas nie wie, choć od czasów Sofoklesa próbowano przeciwstawiać prawo jako regulację społecznego przyzwolenia i swoistego oswojenia śmierci z jej wymiarem jak najbardziej osobistym, prywatnym, intymnym. To wtedy zaczęło się coś, co dla mnie tu znaczenia żadnego nie ma, ale w kontekście śmierci jako takiej, jako zjawiska, ma wymiar jak najbardziej przerażający: śmierci w majestacie prawa, w prawie tego poszanowaniu, w wykonaniu prawomocnego wyroku sądu. Są dwa tego najbardziej niepokojące świadectwa: Proces Franza Kafki i Krótki film o zabijaniu Krzysztofa Kieślowskiego.

   Śmierć jest zawsze czymś nienormalnym. Pięknie napisała o tym Wisława Szymborska w sławnym wierszu o kocie: Ktoś tutaj był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma. Nieobecność jest drugim imieniem śmierci. Dla ludzi, którzy odchodzą, nie ma to chyba tak wielkiego znaczenia; dla tych, co zostają, ma znaczenie zasadnicze, wręcz fundamentalne, bo to oni przeżywają śmierć, to oni muszą się zmierzyć z jej istnieniem, z faktem jej bycia, z bólem, który nam zadaje, z jej niepojętą i niezrozumiałą determinacją. Wiele razy zastanawiałem się nad osobliwym zjawiskiem samego faktu umierania albo odchodzenia od świadomości, bo oba te zdarzenia są w gruncie rzeczy dość podobne. Doświadczyłem kiedyś tego i jeśli śmierć na tym polega, jeśli jest po prostu końcem życia bez bólu dokonanym, to warto tak umierać. Problem dotyczy bólu. To jest rzecz, która od dawna niepokoi i przeraża. I jeszcze przez wiele pokoleń przerażać będzie.

   Sztuka zawsze próbowała jakoś sobie z tym poradzić. I nigdy jej to do końca nie wychodziło. Pół biedy, kiedy ubierała się w szaty liturgii. To był obszar bezpieczny, bo liturgia była obrzędem, a więc tym, co od zawsze sytuowało człowieka w dziedzinie sacrum, zwykle niezrozumiałym dla niego, ale takim, w którym nie czuł zagrożenia, w którym mógł wykonywać swoje codzienne czynności bez jakiegokolwiek dyskomfortu. Liturgia jednak była w życiu Kościoła i wiernych świętem; życie z dnia na dzień było znaczone śmiercią codzienną, zwykłą, naiwną, jeśli to ostatnie słowo w kontekście śmierci ma w ogóle sens. Nam wydaje się to niemożliwe, ale kiedyś istniały klasy pogrzebów w odniesieniu do zamożności ludzi. Można sobie wyobrazić Jana Sebastiana Bacha, który na najtańszym pogrzebie w Lipsku śpiewał ze swoimi uczniami prosty chorał luterański za marne ówczesne grosze. Hugo Wolf był buntownikiem. Beethoven też. Z tego buntu zrodził się romantyzm, jedno z największych zaprzeczeń wszystkiego, co działo się przedtem. W sztuce w ogóle niemal wszystko zrodziło się właśnie z tego. Z zaprzeczenia. Świadomość negacji miała znaczenie zasadnicze. Wolf nie kontestował rzeczywistości dla samego aktu artystycznej kreacji. Chodziło mu o coś więcej; o dialog ze sobą i śmiercią o śmierci, o poznanie tego, co z natury poznawalne nie jest. Ale od dawna jest to – i było – pożywieniem sztuki i myślenia, dociekania tego, po co my w ogóle tu jesteśmy. Co na ten temat wiemy? Nic zgoła, choć chyba nikt z nas przyznać się do tego nie umie albo nie chce. Wyobraźmy sobie jeszcze jedną trudną w kontekście śmierci sytuację: jest takie pełne uroku miejsce w Polsce, jak Wisła. Jest tam wiele pięknych pensjonatów, ale jest też wiele zwykłych sklepów. Idziesz tam i robisz zwykłe zakupy. Ten twój sklep za kilka lub kilkanaście lat będzie istniał, zapewne w niewiele zmienionym kształcie albo trochę tylko zmienionym, może lepszym. Ale ciebie tam już nie będzie. Ludzi, których zapamiętałeś, też już nie będzie. Sklep jednak będzie trwał i to jest najbardziej absurdalny element całej tej sytuacji. Absurd śmierci. I jej nieusuwalność z perspektywy naszego prywatnego doświadczenia życia.

   O śmierci nie wiadomo, co pisać. Paradoks polega na tym, że ta niewiedza przekłada się na bardzo wiele słów. Nigdy wprost albo ukrycie nie poświęcono jej tak wiele uwagi; można nawet zaryzykować twierdzenie, że w kulturze odchodzenia z życia poświęcono najwięcej uwagi, mimo że od dawna był to jeden z wielkich tematów tabu. I takim tematem wciąż jest. Zwłaszcza teraz, gdy kult życia i młodości jako emanacji życia są tym samym. Śmierć jest domeną starości, choroby i cierpienia. Pytanie kolejne jest stare jak świat: jak nie istnieć, jak nie być, skoro w istnienie zostaliśmy wrzuceni, skoro bez naszej woli zostaliśmy w nim zanurzeni? Mówi się często – i nie bez racji – że życie jest owocem miłości. Może trzeba powiedzieć, że także pożądania. To jednak nie ma większego znaczenia. Początek  zaczęty bez świadomości, koniec kończony albo w pełnej świadomości odchodzenia w niebyt, albo bez tej świadomości. Oto świat, oto rzeczywistość, oto, co mądrzy ludzie nazywają egzystencją.

   O śmierci nie powinno się mówić. Mowa jest jej zaprzeczeniem. Mowa jest życiem. Jeśli Ludwig Wittgenstein pisał, że o wszystkim, o czym w ogóle można powiedzieć, da się powiedzieć jasno, a o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć, to oprócz zagadnień logiczno-filozoficznych miał chyba także inne rzeczy na myśli, te mianowicie, które wkraczają w obszar metafizyki, rozumianej – rzecz jasna – historycznie, jako ważny obszar europejskiego myślenia niekognitywnego, a więc takiego, które mieści się w obszarze wiary, a nie poznania. Śmierci poznać nie można. Albo doświadcza się jej w sposób nieznany lub niepoznany, albo nie doświadcza się jej w ogóle w naszym ludzkim pojęciu. Jest poza obszarem naszego poznania. Tym bardziej dziwi, że tyle miejsca w sztuce jej poświęcono. Czy jest to jeden z motywów przewodnich jej istnienia? Wiele wskazuje na to, że tak.

   O śmierci nie powinno się śpiewać, chociaż tak dzieje się od początków istnienia ludzkości. Śpiew jest afirmacją życia, jest oddechem, tchnieniem, życiem. Śmierć jest milczeniem, bezruchem, zanikiem tego, co jest samą istotą muzyki – rytmu, ruchu, dziania się w czasie. Muzyka śmierci poświęcona, zwłaszcza msze żałobne, to osobliwe piękno, którego nie można do końca racjonalnie wytłumaczyć, choć nie od dziś wiadomo, że racjonalność nie zawsze jest w takich przypadkach kategorią jedynie pomocną w wytłumaczeniu tego fenomenu. Czy Josquin myślał o śmierci, kiedy pisał ostatnią mszę Pange lingua? Pewnie nie, ale sens tego pytania znaczy co innego: czy my myślimy i czy myśleć możemy o naszym odejściu w kontekście piękna, które przekracza nasze jestestwo, nasze bycie? Josquin udzielił odpowiedzi wprost: tak. Zawsze trzeba wkraczać w obszary bycia poza sobą, poza nam dostępną eksplorację rzeczywistości, nawet jeśli tam nie znajduje się nic.

   Jeśli tam nie znajduje się nic, to wypada zapytać, co tam w ogóle jest? I tu zaczyna się obszar wiary i zarazem filozofii, a więc tego wszystkiego, co kryje się w słynnym pytaniu Heideggera: dlaczego jest raczej coś, a niżeli nic. To jak najbardziej prawdziwe pytanie egzystencji w każdym wymiarze jej wielu aspektów dotyka tego, o czym filozofia mówiła i nadal mówi: po co to wszystko? I dlaczego śmierć? Dlaczego byt? Pytanie Heideggera ma i ten aspekt, że prowokuje pytania kolejne. Czy byt jest konieczny? I na czym jego konieczność polega? Czym jest życie, skoro musimy umierać? Muzyka nie odpowiada na to wprost; jest rodzajem kamuflażu, jak wszystko, co oszukuje nas w wyjątkowo prosty sposób; jest dziedziną sztuki, która przez swoje piękno zmusza nas do tego, co Rilke nazwał przerażenia początkiem, tego czasu, w którym zdajemy sobie sprawę, że piękno nie jest tylko obszarem czystej radości.

   Śmierć zaskakuje nas wszystkich, a jednocześnie jest osobliwą nadzieją niezrozumiałej – w naszym przekonaniu – nieśmiertelności. Od kiedy myśli i sztuka zdały sobie z tego sprawę, z tej dziwnej dwoistości perspektywy śmierci? Może wtedy, kiedy po raz pierwszy poczuła świadomość nieśmiertelności w wymiarze czysto mentalnym, bo biologii nie jesteśmy i nigdy chyba nie będziemy w stanie pokonać. Mikołaj Kardynał z Kuzy dawno temu napisał słowa niepokojące  w pracy De coniecturis IICzłowiek jest Bogiem. Ale ponieważ jest człowiekiem, nie jest Bogiem absolutnym. Jest więc Bogiem ludzkim. Człowiek jest także światem, ale nie jest związany ze wszystkim, bo jest człowiekiem. Jest więc człowiekiem-mikrokosmosem, czyli ludzkim światem. Tak więc królestwo człowieka ogarnia Boga i cały świat w ludzki sposób. Może więc człowiek być ludzkim Bogiem i Bogiem na sposób ludzki, może być ludzkim aniołem, ludzkim zwierzęciem, ludzkim lwem albo niedźwiedziem, lub czymkolwiek innym. W ludzkości więc wszystko można wyjaśnić po ludzku, jak we wszechświecie w sposób uniwersalny, ponieważ istnieje świat ludzki. To słowa zadziwiające w ustach księcia Kościoła i wyjątkowego myśliciela z czasów rozkwitu filozofii i teologii renesansu. Zadziwiające dlatego, że w obszarze oficjalnej nauki Kościoła brzmią zgoła nieortodoksyjnie. Są jednak znaczące dla ludzi tamtej epoki. A co powiedzieć w tym kontekście o śmierci? Jak wytłumaczyć sprzeczność, że człowiek jest Bogiem i zarazem Bogiem ludzkim? To jedna ze sprzeczności, których nie umiemy wytłumaczyć, a to one wprowadzają nas w obszar otchłani własnego udręczenia właśnie dlatego, że nie umiemy tego ani wyjaśnić, ani zrozumieć, ani zwyczajnie po ludzku pojąć.

   Afekt życia i śmierci był motywem przewodnim sztuki trzech największych artystów tej niezwykłej epoki, w której romantyzm dokonał swego czasu, a wiek XX był jeszcze wielką niewiadomą. To Rainer Maria Rilke, Franz Kafka i Gustav Mahler. Każdy z nich stworzył na swój sposób bardzo osobliwą kompilację zachwytu nad życiem i przerażeniem śmiercią. Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza to ciągła oscylacja między bytem a niebytem, między zachwytem nad życiem i tym, co jest zachwytu tego negacją. A u Kafki? Czy można lepiej streścić sens całej powieści niż w pierwszym jej zdaniu: Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie zrobił, został pewnego ranka po prostu aresztowany. Od dawna mam wrażenie, że jest to wielka powieść o sporze człowieka z Bogiem, o kondycji naszego bycia tutaj i bezsensie tego bycia, o tym, czy to wszystko opiera się na – być może niedostępnej naszemu rozumieniu – prawdzie? Przywołuje się zwykle ostatnią, finałową scenę Procesu jako najbardziej znaczącą. Słynne słowa: Jak pies są rzeczywiście dojmujące. Ale dla mnie kluczową sceną powieści Kafki jest rozmowa w katedrze. To tam Józef K. umiera, to tam dokonuje się jego zagłada, to tam zostaje sam jak pies. Próbowałem kiedyś dociec, o jaki praski kościół chodziło i jestem przekonany, że nie była to katedra św. Wita na Hradczanach, tylko Kościół Panny Marii przed Tynem, położony tuż obok wieloletniego mieszkania Franza Kafki w Pradze przy Rynku Starego Miasta. I wreszcie Mahler, muzyk niezwykły, który potrafił w ciągu kilku taktów swoich symfonii przechodzić od śmierci do życia i od życia do śmierci, od nadziei do rozpaczy i od smutku do radości, do zachwytu nad fenomenem życia i jego zaprzeczeniem. A jednak jego muzyka mówiła przede wszystkim o śmierci i o tej rzeczywistości, która jest dana ludziom w wierze zanurzonym – o zmartwychwstaniu. Muzyka i sztuka zawsze próbowała te dwie niezrozumiałe z ludzkiego punktu widzenia rzeczywistości połączyć. Chyba najbardziej opowiedziały nam o tym dwa dzieła: Ołtarz z Isenheim Mathisa Nitharta, zwanego Grünewaldem i Wielka msza h-moll Bacha. Ołtarz z Isenheim otwiera się wielokrotnie i na tym polega jeden z jego ikonograficznych i symbolicznych sensów; jest to dojście od śmierci do życia, oczywiście tylko w wymiarze naszej ludzkiej percepcji. Msza h-moll też ma taką właściwość. Błagalna modlitewna prośba sąsiaduje tam z frenetyczną radością natury eschatologicznej. Czy można to racjonalnie wytłumaczyć? Chyba nie. A jednak to Msza h-moll daje nam niejasną nadzieję na rzeczywistość inną niż ta tutaj, podobnie jak otwierane kolejno skrzydła Ołtarza z Isenheim, które zaczynają się jedną z najbardziej wstrząsających wizji śmierci Chrystusa i zarazem umęczenia człowieka, a potem zachwycają w swej malarskiej wizji sceną zmartwychwstania, w kolorystyce, formie i sposobie obrazowania nadrealną i nierealną.

   W jednej ze swoich Myśli nieuczesanych Stanisław Jerzy Lec napisał, że pierwszym warunkiem nieśmiertelności jest śmierć. Zwykle bywa tak, że dopiero śmierć uświadamia nam, jak bardzo ważny był dla nas człowiek, który odszedł. Ta nieśmiertelność, o której pisał Lec, nie dotyczy tylko sztuki, nauki czy innych obszarów ludzkiego trwania w świadomości społecznej. Dotyczy naszych obszarów jak najbardziej prywatnych, osobistych, własnych. Nieśmiertelność w wymiarze społecznym ma walor pamięci zbiorowej, ale nigdy nie przekłada się na pamięć prywatną, pamięć osób najbliższych, które pozostają, dla których najbardziej liczyło się bycie, obecność, życie, uśmiech, a nawet kłótnia. Umrzeć? Tego nie robi się kotu i najmniejszemu stworzeniu, które w ogóle i bezwarunkowo jest.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s