Piotr Orawski (1962 – 2013)

muzykolog, radiowiec i autor książek

O Wielkiej Mszy h-moll

Dodaj komentarz

26/09/2012 18:27:04

      Jest to dzieło niezwykłe i zarazem paradoksalne. Niezwykłe, bo w twórczości luteranina Bacha było dziełem de facto katolickim, chociaż Marcin Luter ani nie wykluczył łaciny ze swej zreformowanej liturgii, ani wyraźnie nie odciął się od tradycji chrześcijaństwa jako takiego, jako wiary w Chrystusa, Jego Ojca i Ducha świętego. Paradoksalne, bo było zamierzeniem niepojętym w czasach, w których powstało. Mają rację ci historycy muzyki i ci teologowie, że taka msza nie miała żadnych szans, żeby mogła być wykonana podczas jakiejkolwiek liturgii. Missa est actio – mówili, ci, którzy tworzyli sens liturgii. I mieli rację. Msza była zawsze rodzajem świętego teatru, powtórzeniem tego, co się stało się w czasie Ostatniej Wieczerzy i co potem skończyło się na Golgocie. Msze muzyczne od czasów tej pierwszej wielkiej, Guillauma de Machaut, służyły przede wszystkim liturgii. Liturgii służyły też msze Mozarta czy Schuberta, ale Wielka Msza h-moll Bacha nigdy liturgii służyć nie mogła, bo była zbyt długa. Czym więc była? Wielu biografów widziało w niej – i zapewnie słusznie – rodzaj podsumowania religijnej twórczości Jana Sebastiana. Jeszcze inni dostrzegali w niej projekt ekumenizmu, tak jak go dziś rozumiemy. Były też koncepcje, które mówiły o historycznej ewolucji dzieła od pierwszego  jego ogniwa, czyli Sanctus, aż po części ostatnie, ukończone pod koniec życia Bacha, przede wszystkim  Symbol Nicejski, czyli mszalne Credo. Trudno to dziś ustalić z większą lub mniejszą pewnością. Nie ulega jednak wątpliwości fakt, że Msza h-moll jako całość została ukończona pod koniec życia Bacha i że Jan Sebastian musiał mieć artystyczny imperatyw, żeby dzieło to ukończyć. Wszystko wskazuje na to, że była kolejna wielka artystyczna summa jego twórczości. Jest to dzieło tak ogromnego formatu i tak wielkich zamierzeń, że w jakiś sposób przerasta Wielką Pasję – jak nazwali Pasję Mateuszową – bliscy Bacha; w tym mianowicie sensie, że odnosi się nie tylko do męki i śmierci Chrystusa, ale do całości tej sfery duchowości człowieka, którą nazywamy sacrum. To, że Bach tworzył Mszę h-moll przez całe swoje dojrzałe lipskie życie dowodzi jeszcze czegoś innego: jak ważny to był dla niego utwór, nie tylko w sensie muzycznym, ale  także – a może przede wszystkim – w rozumieniu religijnym. I tym wpisał się w wielką tradycję sztuki europejskiej: piękno było znakiem widzialnym, zmysłowym, ale pod tym kryło się coś dużo głębszego. Kiedy ogląda się sławny Ołtarz z Isenheim Mathisa Gothardta Neidhardta, zwanego Grünewaldem, poza pięknem i przerażeniem widzi się sens wiary i sens istnienia, nawet jeśli w wiarę się nie wierzy i pomimo tego że scena ukrzyżowania jest wyjątkowo okrutna i oddana ze szczególnym – jak na realia dawnej sztuki – realizmem. I na tym polega wielkość tej sztuki. Na tym też polega wielkość muzyki Bacha, zwłaszcza jego Mszy h-moll, w której obok frenetycznej radości słyszymy też przejmującą żałość i dojmujący smutek. Wydaje mi się, że Msza h-moll jest nie tyle wielka{chociaż jest nią z pewnością i bez najmniejszego zwątpienia}, ile przede wszystkim prawdziwa, bo wyraża duchowość wszystkich ludzi, którzy wzrastali i wychowali się w kulturze śródziemnomorskiej, bez względu na to, czy owi ludzie wierzą w Boga, czy nie. Wielka Msza h-moll Jana Sebastiana jest połączeniem doskonałości estetycznej z tą oczywistością, która przerasta możliwości zrozumienia wielu ludzi, ale ona sama – jako sekwencja dźwięków – jest, istnieje. I będzie istnieć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s