Piotr Orawski (1962 – 2013)

muzykolog, radiowiec i autor książek

O życiu

Dodaj komentarz

22/02/2012 23:06:34

                                                                                                Rafałowi

  

   Z życiem można chyba tylko grać, wymuszając na końcu głupimi sztuczkami nikły uśmiech, jak napisał w wierszu Pan Cogito i cierpienie Zbigniew Herbert. Życie właściwie nie ma sensu. No bo jaki sens ma coś, co kończy się śmiercią? To pytanie zasadnicze. Wszyscy musimy tam pójść, więc o co ten hałas? Z drugiej strony życie ma swoją własną siłę i od tysiącleci prze do przodu, nie przejmując się dramatami istot żywych i myślących zarazem. Chyba najwnikliwiej i zarazem najbardziej lapidarnie napisał o tym Rainer Maria Rilke:

O, życie, życie, dziwny czasie

Ze sprzeczności w sprzeczność sięgający

W biegu, tak często zły, tak ciężki, wlokący się

I potem nagle, niewyobrażalnie szeroko

Rozpinający skrzydła, równy aniołowi:

O, niewytłumaczalny czasie życia.

 

Spośród wszystkich ogromnie śmiałych bytów

Czy może być bardziej żarliwy i śmiały?

Stoimy i wpieramy się w nasze granice,

Zarywając ku sobie Byt Niepoznawalny.

[tłumaczył Bernard Antochewicz]

   Ten niewielki tekst poetycki porusza wszystkie najważniejsze sprawy z życiem i śmiercią związane, choć prawem życia jest te dwie rzeczywistości tak bardzo krańcowo różne od siebie rozdzielać. Podwójna inwokacja do życia już zastanawia i sieje niepokój; dziwny czas mówi sam za siebie, a potem zasada podwójnych i skrajnych sprzeczności jest świadectwem ostrości myślenia Rilkego. Anioł i niewytłumaczalność czasu życia to kolejny poetycki oksymoron. Ale najbardziej niepokojąca i frapująca zarazem jest druga strofa wiersza Rilkego. Życie jako byt najbardziej śmiały i żarliwy spośród wszystkich? I dlaczego mając ludzkie granice i stojąc w naszym bycie skazanym na śmierć, zarywamy Byt Niepoznawalny? Być może chodzi tu o to, że życie miało zawsze tendencję do nieśmiertelności, mimo oczywistej świadomości konieczności odejścia? Byt Niepoznawalny może być Bogiem, może być Abstrakcją w tradycji Bytu koniecznego, ale nigdy nie zrozumiałego, może też być tym Wielkim Sensem, którzy mądrzy ludzie obdarzają koniecznością Bytu i zarazem Wszechświata, chociaż jest to tautologia. Ale może być zupełnie inaczej; tak mianowicie, że życie jest rezultatem przede wszystkim ewolucji i kieruje się zarazem prawami czystej i okrutnej z naszego punktu widzenia biologii. Życie oscyluje między namacalnością bycia na ziemi a Bytem Niepoznawalnym. Trudno to wytłumaczyć, ale ludzie od dawna chcieli to pojąć. Jak wytłumaczyć życie? Jak je pojąć? Jak je zrozumieć? Chyba najprościej bez zrozumienia. Żyjąc po prostu, choć jak napisała Maria Janion: Żyjąc, tracimy życie. I jest to być może największy paradoks naszego życia i naszego umierania. Życie jednak – mimo swojej kruchości – ma kilka zalet, które warto wykorzystać; ma niewiarygodną siłę kreacji od sfery biologicznej począwszy, a na obszarze twórczości intelektualnej i artystycznej skończywszy. Życie to miłość, a wedle doktryn wielu religii i wierzeń to także sens wiary w ogóle, wiary jako takiej, wiary jako złudnej obietnicy w życie wieczne. To życie tutaj, na ziemi, z pewnością nie jest wieczne, ale na miłość boską i ludzką z pewnością zasługuje. Może dać nam przeczucie tego, czego i tak w życiu ziemskim nie poznamy. Paradoks życia polega też na tym, że nigdy nie wiemy, kiedy w życiu jego końca doświadczymy. Są dwie tego bardzo krańcowe sytuacje: albo jest to sytuacja nagła, albo samo życie powie nam: już dość. Życie ma i tę jeszcze niezrozumiałą niepoznawalność, że właściwie nie obchodzi je przemijanie; jest nastawione na bycie wbrew byciu, nawet wbrew prawom biologii. Życie chce żyć. Śmierć chce umierać. Jak rozwiązać ten podstawowy problem istnienia? Co z tym zrobić?

   Są jeszcze inne aspekty życia. Było ono od zawsze domeną twórczości, tworzenia czegoś, czego w zasadzie nigdy nie było, co było złudnym nadaniem życiu lub byciu cech poniekąd trwałych albo nieśmiertelnych. Co w kulturze ludzkiej znaczy nieśmiertelność? Nieśmiertelne są gotyckie katedry, nieśmiertelna jest myśl Kanta, nieśmiertelne są dźwięki późnych kwartetów Beethovena, nie umrze także Sagrada Familia w Barcelonie. I to jest zapewne najbardziej fascynująca i niezrozumiała zarazem nieoczywistość tego artystycznego zjawiska. Ale przy okazji życie daje nam zupełnie naiwne doświadczenia codzienności; moje są takie, że warto czasem pojechać gdzieś na Kaszuby i zjeść pyszną rybę, a wtedy i życie, i sztuka smakują bardzo dobrze.

   Życie jest smakiem. Jest finał pierwszej części Drugiej Symfonii Beethovena, w którym w ostatnich taktach dwie trąbki ścierają się ze sobą w interwałach małych sekund. Dominacja tych kilku taktów trąbek i całej orkiestry oślepia jak poranny wschód słońca. Zobaczyć to na własne oślepione oczy i usłyszeć te dźwięki to najbardziej naturalna kompilacja sztuk, jaką można sobie wyobrazić. I największa afirmacja życia. Życiem jest też Pastoralna Beethovena. Nikolaus Harnoncourt po stokroć ma rację, że jest to w gruncie rzeczy dzieło jeśli nie religijne, to sakralne. Że w finale dochodzi do śpiewu na cześć natury i Boga, przy czym chodzi tu o sławną tożsamość Spinozy: Deus sive natura. Leszek Kołakowski tak przejmująco pisał o samotności intelektualnej wielkiego filozofa z Amsterdamu: Jedni nazywali Spinozę bezbożnikiem i wrogiem Boga, inni – najliczniejsi – panteistą, jeszcze inni przez Boga opętanym, głęboko religijnym. […] Że Bóg istnieje, wynika to z Jego istoty, czyli z definicji. W tym miejscu idzie nasz mędrzec śladami św. Anzelma i Kartezjusza. Niepodobna pojąć Boga jako nieistniejącego. Jest On przyczyną samego siebie, co oznacza, że nie może mieć przyczyny. Bóg jest nieskończony, w tym mianowicie sensie, że nic innego nie może Go ograniczać ani na Niego wpływać. Takie formuły są zgodne wprawdzie z teologią chrześcijańską, ale inne własności Boga już nie są. Bóg i Natura są tym samym. Można wiele wskazać takich dzieł, które kierują się tą samą intuicją albo identycznym przekonaniem. Ale chyba tylko u Mahlera dochodzimy do takiego natężenia emocji, że Natura jest tym samym, kim Bóg. U Mahlera muzyka staje się tym, czym jest życie i zarazem śmiercią samą w sobie. Przedziwną tożsamością, której nigdy za życia nie pojmiemy, ale którą w jakiś sposób intuicją artystyczną zrozumieć możemy. Inaczej jest u Brucknera; tam życie afirmuje się w sposób odmienny, jest tym, co styka się bezpośrednio ze światem nadprzyrodzonym, a co w sztuce wyraża się nieprawdopodobnie długimi płaszczyznami dźwiękowymi, owym muzycznym constans, nawet jeśli ta stałość dziwnie romantycznie dramatyczną ma naturę. Skoro jednak Bruckner buduje tak wielkie płaszczyzny dźwiękowe, zwłaszcza w ostatniej IX Symfonii d-moll, to głównie dlatego, że poza nimi sytuuje się w jego pojęciu obszar niebytu nie tylko muzycznego, ale także wszelkiego w naszym ludzkim pojęciu. Dźwięk to trwanie, to życie, to istnienie; cisza to śmierć, to niebycie, to nieistnienie.

Trudno mówić o życiu, nie ciesząc się jego istnieniem, jego byciem, jego radością, jego brzmieniem, jego hałasem. I trudno potem samemu sobie zaprzeczyć: musisz pójść w kierunku przeciwnym, tam, gdzie chyba nic nie ma. Niewytłumaczalny czas życia, jak chciał Rainer Maria Rilke, na tym właśnie polega: nie można go zrozumieć, trzeba go przyjąć – bo innej możliwości nie mamy – i albo zgodzić się, albo zbuntować, co w obu przypadkach będzie reakcją jak najbardziej zrozumiałą, ale chyba w ludzki sposób niepojętą. Życie ludzkie ma i tę dwoistość, że dążąc do prokreacji, zaprzecza samo sobie. Jak bowiem można pogodzić dwie sprzeczne z natury rzeczy: myślenie o biologii, która daje nam pewność, że nie zginiemy jako gatunek, jako rodzaj ludzki, i jednocześnie przekonanie o naszej wyjątkowości, niepowtarzalności, jedyności we Wszechświecie, która musi umierać? Wiem, że to nie ma sensu, ale każde życie chciałoby mieć własny sens. Życie otwiera przed nami dwie bramy: jedna z nich jest bramą złudną, bo choć obiecuje nam wiele, niewiele daje; druga daje nam niewiele i też jest bramą złudną, bo niczego nie obiecuje. Na tym polega sens i bezsens życia. Ale poza tym wszystkim jest jeszcze zwykle ktoś, dla kogo warto żyć. Czesław Miłosz wyraził to chyba najpiękniej w ostatniej strofie wiersza MiłośćNie ten najlepiej służy, kto rozumie…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s