Piotr Orawski (1962 – 2013)

muzykolog, radiowiec i autor książek

Pielgrzymka do Anif

Dodaj komentarz

24/04/2012 22:08:56

 Rafałowi i Karajanowi

 

Ta historia zaczęła się w Popradzie, w jednym z pięknych, słonecznych, letnich dni ostatniego lata mijającego XX wieku. To wtedy, spacerując miejską promenadą ze wspaniałą perspektywą Tatr Wysokich, natrafiłem na niewielki i amatorsko wyglądający sklep z płytami, w którym – ku swemu zdumieniu – znalazłem niemal kompletną serię jubileuszowych płyt Deutsche Grammophon Centenary Collection – Kolekcja stulecia. Pomysł był prosty i zarazem genialny: każdy rok istnienia tej ważnej dla kultury muzycznej Europy fonograficznej instytucji był po stu latach utrwalony jedną tylko płytą. Najważniejszą? Najlepszą? Najbardziej spektakularną? Trudno to rozstrzygnąć. Może po prostu w jakiś sposób najbardziej istotną dla samej Deutsche Grammophon i jej szefów? Kupiłem wtedy niemal wszystko, co w malutkim sklepie znalazłem; od najstarszych nagrań ostatniego żyjącego kastrata Allesandra Moreschiego z roku 1904 po dokonane blisko sto lat później najnowsze kreacje James’a Levine’a. Moją uwagę zwróciła od razu jedna płyta, bo dwa fakty w niej zapisane odnosiły się w sposób pośredni i bezpośredni do mego życia. Na jej okładce data sąsiaduje z nazwiskiem: 1962 i Herbert von Karajan. To ten rok, w którym Karajan po raz pierwszy nagrał w technice stereo dla Deutsche Grammophon III symfonię Es-dur Beethovena; to zarazem rok mego urodzenia, a wśród nagranych wtedy symfonii znalazły się szczególnie dla mnie ważne: trzecia w tonacji Es-dur i ósma w tonacji F-dur. Niektórzy biografowie mówią, że ta ostatnia to najbardziej niebeethovenowska ze wszystkich dziewięciu, ale jakie miało to dla mnie znaczenie, skoro to właśnie tę symfonię poznałem najwcześniej. Miałem wówczas może dziesięć lat, może trochę więcej, i za pierwsze w swoim życiu zarobione pieniądze – w roli chodzącego po kolędzie ministranta Świętego Kościoła Rzymskiego – kupiłem winylową płytę z VIII Symfonią Beethovena, nie znając wcześniej literalnie ani jednej nuty nie tylko Beethovena, ale również całej tej muzyki, którą dziś zawodowo się zajmuję i którą nieszczęśliwie nazywamy poważną. Zakup okazał się strzałem w dziesiątkę – już pierwsza lektura VIII Symfonii na jakimś kiepskim gramofonie tak mnie zelektryzowała, że w zapomnienie poszły wszystkie dźwiękowe pocztówki, a były kiedyś takie osobliwe twory ówczesnej fonografii. Z reguły nie wierzę w przypadki, ale tym razem chyba jestem w nie jak najbardziej wierzący. No bo jak tu nie wierzyć, że w niezbyt dużym słowackim mieście, leżącym u podnóża najbardziej imponującego z górskich pasm Tatr, gdzieś w połowie miejskiego bulwaru, znajdę przez przypadek fragment historii swego życia? Jednak do Anif było jeszcze wtedy daleko. Pierwsza lektura Eroiki, nagranej przez Karajana w roku 1962, była dla mnie sporym zaskoczeniem – jakże wtedy musiała brzmieć nowocześnie, mogła wręcz elektryzować słuchaczy nie tylko stereofoniczną techniką nagrania, ale również samą interpretacją: dynamiczną, prawdziwie napoleońską, pełną energii, której zwykle z nagraniami sprzed pół wieku nie kojarzymy. Karajan, zaciekły wróg Harnoncourta na festiwalu w Salzburgu, potrafił jednak wziąć sobie do serca przemiany, jakie za jego życia w sztuce interpretacji i praktyki wykonawczej się dokonywały i z szacownymi berlińskimi filharmonikami nagrywać barok z klawesynem, choćby słynny Kanon Pachelbela. To pewne, że od wielu lat tak się tego nie gra, ale utrwalonym w drugiej połowie lat sześćdziesiątych i na początku lat siedemdziesiątym interpretacjom muzyki barokowej przez Berliner Philharmoniker bliżej przecież do Karla Richtera niż Ottona Klemperera, chociaż wciąż jeszcze jest to estetyka wykonawcza z symfonicznego ducha poczęta, ale już nie monumentalna, jak za czasów Mahlera. Pamiętam dobrze lipcowy dzień roku 1989, gdy świat dowiedział się o śmierci Karajana, pamiętam nagłówki gazet: Umarł król, niech żyje demokracja! Pamiętam opisy ostatnich godzin jego życia w Anif, ulubionym miejscu, gdzie mieszkał, małym, urokliwie położonym miasteczku koło Salzburga, właściwie dużej wsi, choć w Austrii wiele wsi wygląda właśnie jak miasteczka.  Są takie momenty, gdy odchodzą wielcy ludzie, kiedy zdajemy sobie sprawę, że z jednej strony na naszych oczach dzieje się historia, a z drugiej strony coś nieodwracalnie się zamyka. Karajan i jako człowiek, i jako artysta z pewnością był kontrowersyjny, ale trudno odmówić mu wielkości i trudno nie docenić gigantycznej pracy, jaką w życiu wykonał, a której znakomite zazwyczaj rezultaty utrwalone są na płytach, na taśmach filmowych i – last but not least – w sercach melomanów. Do tego, by kiedyś odwiedzić jego grób, by odbyć pielgrzymkę do Anif, skłonił mnie mój nieżyjący już od wielu lat przyjaciel, ks. Janusz Pasierb. W jednym z ostatnich tomików jego wierszy, wydanym kilka miesięcy przed śmiercią pod jakże proroczym jak się później okazało tytułem Ten i tamten brzeg, znajduje się wiersz Geistliche Abendmusik, napisany w Salzburgu, 6 marca roku 1991 wieczorem, na koncercie barokowej muzyki sakralnej w przepięknym kościele Opactwa św. Piotra. Ten wiersz ma przypisy, co rzadko się tekstom poetyckim zdarza. Wplecione w jego tekst niemieckie i łacińskie frazy to – jak napisał Janusz – tytuły i fragmenty utworów muzycznych wykonanych wtedy na koncercie u św. Piotra. Najbardziej tajemniczo i intrygująco brzmiało jednak ostatnie zdanie tego przypisu: Po tym koncercie byłem w nocy na grobie Karajana. Ślady tej nocnej wizyty zapisane są również w diariuszu Obrót rzeczy, dzienniku, który Janusz pisał tylko przez rok, ale takie było jego zamierzenie. Oto wpis dokonany w marcu roku 1991: W Anif koło Salzburga, na miejscowym małym cmentarzu, który jest jakby placykiem, niemal podwórzem w środku wioski: na nagrobki pada światło z okien domów, palą się też małe lampki. Pod murem prosty grób Karajana, którego pochowano podobno nocą, bo tak sobie życzył, żeby uniknąć zbiegowiska gapiów. Jest wśród swoich, na wsi, w środku zwykłego życia. Nie wiem, dlaczego nigdy o tym z Januszem nie rozmawiałem, ale zawsze za dużo było tematów, a za mało czasu, mimo że w Warszawie byliśmy sąsiadami i potrafiliśmy się wzajemnie odprowadzać od domu do domu w środku nocy, znajdując w końcu kompromis przy nieistniejącej dziś aptece na rogu Dobrej i Jaracza. Niewielki fragment Obrotu rzeczy skłonił mnie do tego, by także znaleźć się kiedyś w Anif. Może trochę Januszowi zazdrościłem? Może również chciałem znaleźć się w miejscu ważnym dla niemal każdego muzyka, by pochylić głowę przed umarłym królem, po którym zostaje już tylko demokracja?

Okazja nadarzyła się ponad dziesięć lat później, gdy w przededniu Roku Mozartowskiego wędrowałem śladami Mozarta po Wiedniu i Salzburgu, wiedząc że w pierwszym dniu stycznia 2006 roku na antenie Dwójki pojawi się pierwsza ze stu audycji Droga do Wiednia. Spadł pierwszy śnieg w Salzburgu, gdy moja przewodniczka przy lunchu zapytała, czy jest jakieś szczególne miejsce poza oficjalnym planem pobytu w rodzinnym mieście Mozarta, które chciałbym zobaczyć. Bez wahania powiedziałem: Anif. Pół godziny później jechaliśmy taksówką z Salzburga do Anif. Starszy pan za kierownicą, słysząc naszą rozmowę po polsku, zapytał: Karajan? Na nasze tak, a przeszliśmy już wtedy na niemiecki, powiedział natychmiast: Woziłem go często z Salzburga do Anif.I tak rozpoczęła się rozmowa, która trwała kilka godzin. Okazało się, że nasz pan taksówkarz woził wielokrotnie Karajana z Salzburga do Anif i z Anif do Salzburga. Poczułem się tak, jakbym – zupełnie niespodziewanie – dotknął materii życia tego człowieka, który do tej pory był dla mnie ikoną wielkiego artysty, a w okamgnieniu stał się kimś namacalnym, dotykalnym, zmysłowym. Nasz Cicerone opowiadał o jego zwyczajności, o rozmowach, jakie w taksówkach zwykle się prowadzi, o tym, że wielki Karajan w taksówce stawał się człowiekiem jak każdy inny. Najbardziej jednak salzburski taksówkarz zaskoczył mnie deklaracją, że razem z nami poszuka grobu Karajana na cmentarzu w Anif, bo tyle razy wielkiego Salzburczyka woził, ale ani razu na jego grobie nie był. Jeśli był to wyrzut sumienia, to rozumiem, a jeżeli zwykła ciekawość, co łatwiej turystom wytłumaczyć, to też rozumiem, może jeszcze bardziej. No i rozpoczęło się osobliwe poszukiwanie tego grobu na małym przykościelnym cmentarzu, spowitym kołdrą świeżego, pulchnego, alpejskiego śniegu. Krążyliśmy niemal godzinę po wiejskim cmentarzu, w chłodzie nawet nie za bardzo dojmującym, ale w sytuacji co najmniej dziwnej, gdy taksówkarz wyłączył taksometr i szukał z nami grobu Herberta von Karajana. To trudne zadanie na początku alpejskiej zimy. Gdy już nie bardzo wiedzieliśmy, czy uda nam się osiągnąć cel wizyty w Anif, przy cmentarnym murze zobaczyliśmy niewielką tabliczkę do połowy zakopaną w śniegu, a na niej tylko nazwisko i dwie daty: Herbert von Karajan, 1908 – 1989. Poniżej tabliczki była niewielka, zasypana śniegiem mogiła, powyżej – prosty, pewnie przez miejscowych ludzi zrobiony, metalowy krzyż. Ten grób rzeczywiście robi wrażenie: żadnej w nim wielkości, żadnej pompy, tylko prostota, skromność i wzruszenie. Jest w tym coś pięknego: Karajan, który swoją sztuką wzruszał za życia, i Karajan, który swoim grobem wzrusza po śmierci…        

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s