Piotr Orawski (1962 – 2013)

muzykolog, radiowiec i autor książek

Mgnienia życia – wspomnienia

Nasze świętowanie (06/12/2014)

Radujcie się, cieszcie, wychwalajcie ten dzień” – głoszą słowa pierwszego chóru Oratorium na Boże Narodzenie Jana Sebastiana Bacha. To bodaj najsławniejsze dzieło, związane z historią przyjścia na świat Bożego Dzieciątka, ale nie jedyne w twórczości lipskiego kapelmistrza napisane z tej okazji. Okres Bożego Narodzenia był dla Jana Sebastiana czasem wytężonej pracy. Nagromadzenie kilku świąt, wymagających odświętnej liturgii, na przestrzeni niecałych dwóch tygodni z pewnością naruszało uporządkowany rytm życia Bacha, wyznaczony cotygodniową niedzielną liturgią. W jego czasach samo Boże Narodzenie świętowano przez trzy dni, do tego dochodziły dwa kolejne święta – Nowy Rok, czyli Obrzezanie Jezusa i uroczystość Trzech Króli, pomiędzy którymi zazwyczaj wypadała jeszcze niedziela. A jednak Bach lubił tę święta i lubił komponować z tej okazji muzykę, o czym świadczy spora liczba bożonarodzeniowych kantat.

147_cut
Powyżej przytoczony fragment tekstu Piotra z 19 grudnia 2003 roku opisuje nie tylko podejście Jana Sebastiana Bacha do tego okresu, ale również idealnie pasuje do samego Piotra. Święta i Nowy Rok zaburzały rytm jego cyklicznych audycji ale zarazem zazwyczaj wymagały od niego przygotowania dodatkowych programów radiowych już stricte tym Świętom poświęconych. Piotr lubił nad nimi pracować i chętnie się godził na te dodatkowe nagrania. Zawsze szczególnie ważne było dla niego aby te audycje miały swój ciepły świąteczny klimat, tak zgoła odmienny od często towarzyszącego nam w tym okresie zakupowo-kuchennego zabiegania. Zresztą Piotr nigdy nie poddawał się reżimowi tego około świątecznego tempa. Irytowały  go jedynie tłumy klientów oblegające sklepy i fakt, że w niektóre dni nie będzie mógł wyjść do sklepu jak będzie miał na to ochotę. Niejako z obowiązku godził się na nasze wypady do Centrów Handlowych w poszukiwaniu prezentów dla bliskich, ale zawsze starał się ograniczać czas ich trwania do minimum. Bo Święta Bożego Narodzenia dla Piotra znaczyły coś zupełnie innego niż prezenty, określona liczba potraw na stole, czy obowiązkowa choinka w domu. Dla niego był to czas dużo bliższych relacji z ludźmi, odpoczynku oraz upiększania świata. To właśnie wtedy w naszym domu pojawiały się choinkowe lampki ubarwiające swoim światłem regały z książkami, wijące się na parapecie między kwiatami i otulające swoimi kolorami setki płyt CD. Dwanaście potraw zastępował jeden pyszny domowy obiad z obowiązkowym kompotem z suszonych śliwek i równie obowiązkowy makowiec.  Podczas wizyt u bliskich sam fakt spędzania czasu razem a jeszcze lepiej wspólny spacer były tym co najważniejsze a prezenty schodziły na plan dalszy. Natomiast w takim najbardziej prywatnym kawałku naszego świata, w czasie Świąt najważniejsze były dwa całe dni spędzone razem, brak dzwoniącego budzika o poranku, wieczorne spacery po rozświetlonym świątecznymi ozdobami osiedlu oraz wspólne wieczory na kanapie z grzańcem w ręku, komputerami na kolanach i dziesiątkami przewodników i map wokół nas. Był to bowiem u nas czas planowania wakacji.

Jak mawiał Piotr – nawet gdyby teraz ponownie narodził się Zbawiciel, z całą pewnością odpuściłby nam brak dochowania konwenansów, bo są one niczym przy tak ważnej bliskości między ludźmi.


Domowy wehikuł czasu (23/11/2014)

Od jakiegoś już czasu mieszkanie, w którym mieszkam jest mocno osadzone w czasie, a zasadniczo w obecnej teraźniejszości. Za życia Piotra bywało tutaj jednak zupełnie inaczej. Bez względu na porę roku, aurę na zewnątrz czy porę dnia lub nocy nasze mieszkanie niczym wehikuł czasu przemierzało czasoprzestrzeń zgodnie z cyklem pracy nad poszczególnymi audycjami.

Jak zapewne wielu z Was pamięta, tym co między innymi wyróżniało audycje Piotra było osadzanie wątków muzycznych w kontekście adekwatnej ich czasom i przestrzeniom kultury, sztuki, religii, filozofii  a bywało że i polityka przemknęła tu czy tam. Choć wiedza historyczna Piotra była bardzo rozległa, każdorazowo kiedy pracował nad jakimś tematem lubił poczuć atmosferę danego czasu. Przestrzeń naszego mieszkania nieoczekiwanie wypełniała muzyka z danej epoki, na stołach i kanapach nagle lądowały albumy z malarstwem adekwatnym do opisywanego czasu a pomiędzy nimi można było odnaleźć istotne dla kontekstu muzycznego traktaty filozoficzne, opracowania historyczne i inne dokumenty pozwalające lepiej poczuć atmosferę opisywanych lat i miejsc. Do dzisiaj pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie czas kiedy Piotr opisywał twórczość Żydów Sefardyjskich. Miałem wrażenie że przez dwa tygodnie nasze mieszkanie przemieściło się cudownym sposobem na Półwysep Iberyjski i przenikała je niezwykłość pieśni Żydów Sefardyjskich będących wielowiekową rdzenną tradycją Sefaradu, która sama w sobie była owocem asymilacji kultury żydowskiej na obszarze Półwyspu Iberyjskiego. Był to bowiem ówcześnie teren spotkań trzech kultur i trzech tradycji, autochtonicznej, żydowskiej i arabskiej. Pamiętam też ten niepokój kiedy cykl audycji doszedł do momentu, w którym Piotr zacytował Edykt z Alhambry:

Izabela, miłościwie nam panująca królowa Hiszpanii, postanawia, co następuje:

„Wszyscy Żydzi, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, bez względu na ich wiek, którzy żyją lub przebywają w naszych królestwach i naszych państwach, niechaj do końca czerwca opuszczą je wraz ze swoimi synami i córkami oraz  żydowskimi krewnymi, dorosłymi i dziećmi, i niechaj nigdy już nie wracają pod karą śmierci i konfiskaty całego majątku…”  Granada, w 31 dniu marca roku Pańskiego 1492.

Prawie, że czułem też w naszym mieszkaniu obecność inkwizycji hiszpańskiej czającej się w każdym z jego zakamarków i trwogę Sefardyjczyków wygnanych ze swojej dotychczasowej ojczyny.

041_cut

Podobnie wiele emocji pojawiło się przy  okazji opisywania historii trubadurów, truwerów i minnesingerów, których można porównać do współczesnych bardów, legendarnych poetów i muzyków, którzy jak Bułat Okudżawa czy Jacek Kaczmarski budzili nasze sumienia i wrażliwość, a swoim śpiewem i grą na gitarze mówili „nie” zastanej rzeczywistości.

Dzięki temu wszystkiemu, nie tylko ja miałem cudowne prywatne lekcji historii, o jakich tylko można było pomarzyć w szkołach, ale również słuchacze otrzymywali zaklęte w paru audycjach te wszystkie emocje, historie i przepiękną muzykę.


Sztuka zatrzymania (16/11/2014)

Zawsze twierdziłem i twierdzę nadal, że Piotr był wyjątkowo pracowitym człowiekiem. Świadczą o tym setki jego audycji, publikacje, wykłady i koncerty, które prowadził w wielu miejscach Polski. Pracowitość jego miała jednak charakter odmienny od tego z czym ma do czynienia większość z nas. Uwielbiał swoją pracę i choć nie lubił górnolotnych określeń, ja zaryzykowałbym twierdzenie, że jego misją życiową było objaśnianie innym czym jest muzyka i jaki wpływ ma ona lub mieć może na nasze życie. Kochał muzykę, zatem pisanie czy mówienie o niej było dla niego czystą przyjemnością , z tego też powodu większości swoich zajęć nie traktował jako obciążających obowiązków a okazje do podzielenia się z innymi swoją wiedzą i przemyśleniami. Jak jeszcze do tego trafili mu się interesujący rozmówcy lub chłonne na wiedzę audytorium był tym faktem wprost wniebowzięty.

086_(2)_cut

Mega aktywność, robienie kilu rzeczy jednocześnie czy pisanie w ogromnych ilościach zaangażowanych i przemyślanych audycji nie było niczym dziwnym w wydaniu Piotra. Pamiętam taki czas, kiedy Piotr wyjeżdżał w sobotę popołudniu z Gdyni do Warszawy a w niedzielę z rana prowadził Muzyczne Poranki  Programu I Polskiego Radia dla dzieci, zaraz potem mknął do studia radiowego skąd prowadził Muzyczne Turnieje w programie II a już 15 minut po turnieju zaczynał nagrywanie 10 kolejnych „Lekcji muzyki”. Jednak co warto podkreślić, w tej całej gonitwie z czasem, Piotr posiadł umiejętność szczególną a mianowicie umiejętność zatrzymania. Otóż po takich intensywnych dniach ile zadań by go jeszcze nie czekało, ile napiętych terminów nie nagliło siadał bez względu na wszystko w swoim ulubionym fotelu i na co najmniej pół dnia oddawał się słuchaniu swojej ulubionej muzyki dla czystej przyjemności lub zagłębiał się w lekturę jednej z nowo kupionych książek. Był to czas w którym nie odbierał telefonów, nie myślał o przeszłości ani nie planował spraw przyszłych. Cały był w tym momencie tu i teraz. Zwykł w takich chwilach mawiać „reset musi być” ale wieczorem i tak już siedział przy laptopie tworząc kolejną ze swoich radiowych muzycznych opowieści.


Bo emocje to życie (08/112014)

Ma być emocjonalnie albo lekko zabawnie, jak jest jedynie czysto muzycznie i idealnie techniczne to nie jest to muzyka a jedynie odtwórcze rzemiosło, choć czasami wysokich lotów. Takie podejście Piotr prezentował do wielu dziedzin życia, a do muzyki szczególnie. Każdorazowo denerwowały go wystudiowane i przerysowane pozy śpiewaczek, które bardziej miały eksponować samą wykonawczynię niż emocje jakie powinny towarzyszyć temu o czym właśnie śpiewały. Jako przeciwieństwo tej postawy każdorazowo wskazywał Cecilię  Bartoli, o której mówił, że to jedna z niewielu śpiewaczek, która rozumie o czym śpiewa a dodatkowo „trzaskając” nawet niemożebnie trudne koloratury zdaje się podczas nich uśmiechać i bawić się swoim śpiewem, co dla Piotra było kunsztem najwyższym z możliwych. Zawsze kiedy mi o tym mówił, jako koronny dowód jej postawy puszczał mi dwa załączone nagrania

CeciliaCecilia2

Cecilia cała tutaj chodzi, rezonuje i ewidentnie widać, że śpiew sprawia jej przyjemność.

Podobnie było z wykonawcami „Mesjasza” Haendla z doskonałego dokumentu kanału Planete pod tytułem WSZYSCY ŚPIEWAJĄ „MESJASZA”. Dokument ten opowiada o chórze Steventon, który co roku na Boże Narodzenie zbiera się w londyńskim Royal Albert Hall, aby wykonać słynny utwór. Członkowie tego chóru to amatorzy, którzy mieszkają w różnych zakątkach Wysp Brytyjskich. Przez cały rok samodzielnie ćwiczą śpiewanie. Kilka dni przed występem spotykają się, aby odbyć wspólne próby. Chór ze Steventon, miejscowości położonej niedaleko Oxfordu, został założony w 1959 roku. Bywa, że w jego skład wchodzi nawet 4000 chórzystów. Przezabawnie było obserwować żony strofujące swoich mężów podczas prób w domu, czy panie domu nucące „Mesjasza” podczas domowych porządków. Oczywistym jest, że chór ten nie wykonał tego utworu idealnie, ale kwestią, na którą Piotr zwracał w tym przypadku szczególną uwagę było emocjonalne zaangażowanie tych wszystkich ludzi i wielka radość na ich twarzach kiedy śpiewali wspólnie w Royal Albert Hall.

Piotr_poznan4

(foto Maciej Zakrzewski)

Zresztą podobną ideę odmistycyzowania „sztywnej” muzyki klasycznej sam starał się wdrażać w całej swojej działalności. Odmawiał prowadzenia koncertów, podczas których było oczekiwanie aby pojawił się we fraku, gdyż uważał że dobrze leżący garnitur jest równie dobry na tą okazję a przy tym nie tak „sztywny” w swym przekazie jak frak. Miał zresztą tych garniturów całkiem sporo i jedynie na szczególne okazje ubierał te klasyczne czarne a znacznie częściej przy tych okazjach uciekał w beże, brązy i szarości.  Kwintesencją tego podejścia było prowadzenie koncertów dla dzieci w ramach  Muzycznych Poranków Polskiego Radia, w których Piotr z prowadzącego przemienił się w roześmianego i zafascynowanego odkrywaniem świata dźwięków „muzycznego czarodzieja Jedynki”.


Bach o śmierci (01/112014)

W ten weekend, podczas którego wspominamy wszystkich naszych bliskich którzy odeszli, chciałbym oddać głos samemu Piotrowi, który nawet gdy mówił o śmierci lub przemijaniu czynił to w wyjątkowy sposób:

Bach_o___mierci


Darowany rok (26/10/2014)

Za dwa dni przypada rocznica pogrzebu Piotra. Zdaję sobie sprawę z faktu, że zazwyczaj mówimy o rocznicy w kontekście śmierci a nie pochówku, ale w tym przypadku to bardzo symboliczna data. Pogrzeb Piotra odbył się 28 października 2013 roku o godz. 11:30 i poza paroma najbliższymi nam osobami nikt nie skojarzył, że dokładnie rok wcześniej 28 października 2012 ok. godz. 15:00 jakimś niewyobrażalnym cudem zarówno ja jak i Piotr uniknęliśmy śmierci, kiedy nasz samochód w drodze na koncert w Toruniu przy pełnej prędkości uderzył w barierę rozdzielającą pasy autostrady. Kiedy o tym piszę, cały czas w uszach towarzyszy mi dźwięk rwanej blachy. Samochód po tym wypadku nadawał się już tylko do kasacji a nam, ku zdziwieniu wszystkich zupełnie nic się nie stało. Nie mieliśmy nawet najmniejszego siniaka.

008
Choć nasze zdrowie fizyczne nie doznało żadnego uszczerbku, to tak dramatyczne zdarzenie nie umknęło naszej psychice. Wielu ludzi twierdzi, że kiedy otarli się o śmierć zrozumieli jak kruche jest ich życie i że nie ma sensu odkładać swoich planów na przyszłość, bo może się zdarzyć i tak, iż dla kogoś z nas ona już nie nadejdzie. Tak było i w naszym przypadku, wiele spraw uporządkowaliśmy, zaczęliśmy się szykować do realizacji naszych różnych planów i zmieniliśmy podejście do życia. Niestety, krótko potem nadeszła choroba Piotra, która nieodstępowana nas przez wiele miesięcy. Mimo wszystko jednak jestem pewien, że żaden z nas tego dodatkowego roku nie żałuje.

Jak twierdzi jeden z naszych znajomych, być może Piotrowi było pisane zginąć wtedy na autostradzie ale ktoś bardzo wpływowy „tam na górze” wpłyną na zmianę tej decyzji, choć w zamian musiał zaakceptować kompromis z ceną choroby. I nawiązując do powiedzenia Karla Bartha często cytowanego przez Piotra „Oficjalna muzyka w niebie to Bach, ale gdy aniołowie są sami, to grają Mozarta” cały czas się zastanawia, który z nich dla Piotra to uczynił


Małe rzeczy (19/10/2014)

Ludzie bardzo różne reagują na ciężkie choroby, które ich dotykają. Jedni pooddają się już w pierwszych dniach nie widząc sensu dalszej walki, drudzy udają że choroby nie ma a chwilowe niedomaganie lada moment minie. Są też i tacy, którzy wypowiadają wojnę temu co ich wyniszcza: odwiedzają najlepszych lekarzy, kupują najnowsze leki, zaczynają zdrowo się odżywiać i jak tylko stan zdrowia lekko się poprawia oddają się aktywności fizycznej mającej wypędzić z ich ciał tę destrukcyjną siłę.

Piotr w ostatnim roku przed śmiercią przechodził każdą z tych faz, jednak największą umiejętnością, którą wykształcił w sobie w tych miesiącach była moim zdaniem umiejętność cieszenia się z rzeczy małych i prostych. Kiedy dokładnie się to stało mogę jedynie przypuszczać. Sądzę, że było to w czasie naszych hiszpańskich wakacji w lipcu 2013 roku, na które wybraliśmy się po to, aby Piotr złapał trochę południowego słońca, które zawsze dodawało nam sporo sił i energii. Wyjazd ten, choć uzgodniony z lekarzem,  był mocno ryzykowny, bo osłabione przez 6 miesięcy choroby ciało wręcz manifestowało swoje wycieńczenie. Piotrowi nie starczało sił na dłuższe spacery, czy podróże i większość swojego czasu dzielił między drzemki a wypoczynek na sporym i nasłonecznionym balkonie. Niestety promienie słoneczne nie działały wystarczająco regenerująco, co było małym rozczarowaniem. W tym momencie też właśnie, gdy ustąpiła jedna choroba z osłabienia ciała skorzystało inne schorzenie rozpoczynając na pełną skalę swoje wyniszczające dzieło, choć my nie byliśmy jeszcze tego świadomi.

Ku naszemu zaskoczeniu, z pomocą przyszedł nam jeden z hiszpańskich kelnerów z hotelowej knajpki przy basenie. Codziennie, kiedy widział, że nadchodzimy krzyczał do nas „Cześć chłopaki, co tam dobrego. Miło was znowu widzieć.” Piotr choć zmęczony tymi paroma krokami i trzymany przeze mnie pod rękę dla asekuracji przed upadkiem nagle prostował ciało i uśmiechał się kelnera. Następnie ucinaliśmy sobie przy składaniu zamówienia piętnastominutową  pogawędkę o pogodzie, hiszpańskich zwyczajach i dobrym życiu. Każdorazowo kiedy to robiliśmy w jego oczach pojawiał się diabelski błysk i już wiedziałem, że znowu szykuje dla nas jakąś niespodziankę. Praktycznie ani razu nie otrzymaliśmy w takim sam sposób podanego tego samego dania i co róż na naszym stole na próbę pojawiały się jakieś kulinarne zagadki. Te knajpiane pogawędki Piotr jeszcze wspominał potem przez wiele tygodni.

018

 Jedno z ostatnich zdjęć Piotra z 12.07.2013 r. Santa Susana

Kiedy zaraz po powrocie z wakacji Piotr trafił do szpitala odkrył swoją kolejną małą przyjemność. Nie wolno mu było jeść żadnych słodyczy i jedynym łakociem, na które wyraziła zgodę Pani doktor było pieczone jabłko z odrobiną cukru, które przynosiłem podczas moich codziennych wizyt po pracy.Za każdym razem kiedy je jadł uśmiechał się i chciał abym mu opowiedział coś ciekawego spoza szpitalnego życia. Kiedy wrócił do domu do pieczonego jabłka dołączyła jeszcze dobra herbata. Konieczna musiał być to zakupiony w herbaciarni dobry i aromatyczny Earl Grey, nie w żadnych torebkach, czy piramidkach tylko taki klasycznie sypany.

I rzecz najważniejsza kiedy tylko Piotra dopadał zły humor czy gorsze samopoczucie szykował wygodny fotel, dzbanek herbaty i włączał sobie ulubione filmy z dzieciństwa tj. „Wakacje z duchami” czy „Pan Samochodzik i Templariusze”. Każdorazowo po takim seansie był w dobrym nastroju i rozpoczynał dyskusje na temat przyszłości, a ta rysowała się nader obiecująco. Ja miałem pracować tam gdzie dotychczas, a Piotr oprócz powrotu do radia (być może w mniejszym wymiarze) chciał jeszcze uruchomić na swojej stronie internetowej udostępnianie za niewielką opłatą swoich specjalnie na tę okazję przygotowywanych audycji nie dostępnych nigdzie indziej. No i oczywiście, miała jeszcze powstać „Droga na Parnas”, czyli kontynuacja „Drogi do Wiednia”, mówiąca o życiu Mozarta w austriackiej stolicy.

Nie inaczej było wieczorem w niedzielę 20 października 2013, kiedy to po całym dniu całkiem dobrego samopoczucia Piotr zadecydował, że trzeba przed snem jeszcze bardziej poprawić sobie humor. Znowu był fotel, dzbanek herbaty i film „Mamma Mia” z piosenkami Abby oraz cudownymi widokami z greckich wysp.

Dwadzieścia cztery godziny później był już tylko telefon ze szpitala i wiadomość, której nic chciałby usłyszeć nikt…  Pojutrze 21 października mija dokładnie rok od śmierci Piotra.


Pytanie o tożsamość (12/10/2014)

Nauczyliśmy się żyć w ciągłym biegu, nieustającej konsumpcji i pogoni za „czymś” co nieuchronnie nam umyka. Mam smartfony, które umożliwiają nam połączenie z globalną siecią internetu niemal z każdego miejsca i w każdym czasie.  Zalewa nas masa informacji, której nie jesteśmy w stanie przetworzyć. Na każdym kroku atakują nas reklamy, które wciskają nam informacje o tym jak powinniśmy żyć i czego koniecznie używać, a Google w mgnieniu oka znajduje odpowiedzi na każde pytanie, które nas nurtuje. Niezmiernie trudno w tym szumie informacyjnym znaleźć czas na to aby się zatrzymać lub zastanowić nad tym kim naprawdę jesteśmy.

Profesja Piotra często sprawiała, że „zawieszał” się w czasie, zwalniał i rozmyślał. Muzyka ciągle przywoływała i przenikała sfery sacrum i profanum, a filozoficzne zacięcie Piotra powodowało, że nieustannie drążył intelektualne źródła koncepcji życia, świata i sensu naszego bytu. Niejednokrotnie stawiał sobie pytanie o to kim jest i jak doświadczenia jego życia i najbliższych wpłynęły na fakt, a przyznać trzeba, że ta łamigłówka nie była prosta.

100

Po śmierci Piotra, gdzieś pomiędzy książkami znalazłem kartkę z jego odręcznymi zapiskami, które przytaczam poniżej wzbogacając je w nawiasach o znane mi konteksty :

– Kim jestem? Obywatelem Polski, narodowości niemieckiej? (Ojciec Piotra pochodził ze Śląska i na skutek interwencji jednego ze swoich wujków wcielony został do Wermachtu, natomiast matka Piotra pochodziła z niewielkiej wioski na wschodzie Polski. Był czas gdy ojciec Piotra i sam Piotr chcieli wyemigrować do Niemiec, gdzie bez problemu otrzymaliby tamtejsze obywatelstwo, ale zostali w kraju ze względu na zdecydowany sprzeciw matki Piotra)

Pociągi z różnych stron świata (Piotr w dzieciństwie mieszkał w bloku tuż obok Dworca Głównego PKP W Gdyni)

Dziadek Rudolf – PZPR

Jak powitali ojca po niewoli (podobno ojciec Piotra jako żołnierz Wermachtu trafił do francuskiej  niewoli i przez długi czas nie dawał znaków życia. Kiedy wrócił, rodzina była tym faktem zdziwiona, ponieważ zdążyła go już w swojej świadomości pochować. Ojciec Piotra nie potrafił się z tym pogodzić.)

przyjazd Ojca do Gdyni (a tak naprawdę ucieczka od rodziny, w której do końca nie potrafił się odnaleźć po swoim uśmierceniu. Droga ta jednak nie była taka prosta, bo najpierw pojawił się nakaz pracy w Krośnie Odrzańskim, który udało się zamienić potem na Gdynię)

inne koleje życia i inne genius loci

Gdynia – Gdańsk [trasa kolejki = zieleń za Sopotem] (faktycznie kiedy kolejka jadąc w kierunku Gdyni minęła wszystkie sopockie stacje, po prawej stronie odsłaniała się połać zielonych drzew, ponad którymi tylko w jednym miejscu widać było błękit morza. Sam jako dziecko niecierpliwie wyczekiwałem tego widoku za oknem).

1-sze wejście do ILO; co było kiedyś w tym neogotyckim gmachu?

 – ja i Stalin: ’70 grudzień – 8 lat, Janek Wiśniewski na drzwiach, lufa czołgu z „Węzła pokoju” (wtedy go jeszcze nie było) wymierzona w mój pokuj, CKM z nastawni GO i głos z megafonu (pan XX zgłosi się na nastawnię GO) 

Jak poszczególne doświadczenia życiowe Piotra czy jego rodziny wpłynęły na jego samego, do końca odpowiedzieć nie potrafię. Wiem jednak, że Piotr był dość nietypową mieszanką charakterów. Silnym człowiekiem o delikatnej duszy, hedonistą o filantropijnych ciągotach i wreszcie cholerykiem o filozoficznym zacięciu. Nie był też łatwym człowiekiem w relacjach, szczególnie tych najbliższych.  „ – Był świetnym, trudnym studentem. Pamiętam go z seminarium jako utalentowanego człowieka z kolczykiem w uchu. Już wtedy wiedziałem, że nie dam sobie z nim rady” –  tak swojego czasu wspominał Piotra jeden z jego wykładowców profesor Mirosław Perz. Dodał jednak do tej wypowiedzi jeszcze jedną celną uwagę „Niestety za talent często się płaci. Tak było w przypadku Piotra…”


Ten, który rozdawał ludziom muzykę (28/09/2014)

Podczas wakacyjnych wojaży Piotr dzielił fotografujących na dwie grupy. Pierwszą, która uwieczniała jedynie miejsca i obiekty oraz drugą, która przede wszystkim uwieczniała siebie traktując  piękne widoki i ciekawe budowle jedynie jako tło dla swoich wdzięków. Nie lubił tego drugiego podejścia, bo zawsze się dziwił, że można być tak próżnym aby przysłaniać sobą np. wieżę Eiffla, katedrę w Mediolanie czy Akropol w Atenach. Niestety skutkiem tego podejścia jest to, że nie pozostało po nim wiele zdjęć, na których został utrwalony a jeżeli już to najczęściej są to jakieś fotografie ze spotkań w restauracjach lub koncertów, które prowadził.

MG_1730

Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.js-bach.pl/panie-piotrze-chapeau-bas/

Podejście to przejawiało się również w jego pracy, gdzie pomimo swojego pięknego głosu starał się nie dominować nad prezentowanymi utworami, a wykorzystywać go jedynie do zachęcenia słuchaczy do zasłuchania się w prezentowane dzieło. Podobnie zachowywał się podczas koncertów, kiedy to jak mawiał starał się nie zanudzać zgromadzonych długimi wywodami merytorycznymi  a jedynie opowiedzieć coś ciekawego co miało znaczenie dla prezentowanego repertuaru. Z dużym szacunkiem traktował też wykonawców, których starał się przeważnie wciągać w swoje muzyczne opowieści prosząc aby podzielili się swoim zdaniem lub aby opowiedzieli o instrumencie, na którym grają. Zasadą było to, że w miarę możliwości z każdym z nich witał się przed koncertem i zamieniał parę słów aby nawiązać kontakt i ustalić szczegóły dotyczące koncertu. Zdarzało się i tak, że czasami podczas koncertów, kiedy zapowiedział już wszystkie utwory wymykał się po cichu bocznym wyjściem pozostawiając artystów samych z ich muzyką i słuchaczami. Jeżeli jednak zostawał do końca, to zawsze wyczekiwał aż przebrzmią należne artystom brawa i wtedy dopiero żegnał zgromadzonych dopowiadając  niejednokrotnie jakiś smaczek odnośnie repertuaru na pożegnanie. Tradycją też było to, że po takich koncertach zostawał i rozmawiał jeszcze z publicznością, którą niejednokrotnie byli jego słuchacze. Uwielbiał ten bezpośredni kontakt i prosił zawsze aby zwracać się do niego po imieniu a nie tytułować „Panem redaktorem”. Miałem możliwość obserwowania Piotra w tych wszystkich sytuacjach i choć nie miał problemów z publicznymi wystąpieniami, czy wypowiedziami do kamery to jednak najlepiej czuł się w zaciszu radiowego studia i jak mawiał z setkami ludzi po drugiej stronie mikrofonu.

Przez dwa lata Piotr miał przyjemność prowadzić w Toruniu koncerty organizowane przez tamtejsze Towarzystwo Bachowskie w ramach Festiwalu Cichej Muzyki i jak napisali to na swojej stronie organizatorzy „Tworzył naszą publiczność i publiczność stwarzała Jego.” Zapraszam do zajrzenia na ich stronę i obejrzenia jak to określili „garści zdjęć, toruńskich pamiątek po OSOBIE, która służyła pięknu, rozdając ludziom muzykę”: http://www.js-bach.pl/panie-piotrze-chapeau-bas/ .


Bo prostota zachwyca… (21/09/2014)

Cała jedna ściana w naszym mieszkaniu zapełniona była tylko płytami Piotra, a i tak po cały domu dodatkowo porozstawiane były box’y, czyli wielopłytowe wydawnictwa poświęcone jednemu kompozytorowi. W dużym pokoju przy posiłkach towarzyszył nam Mozart, Bach, Haydn i Beethoven a w sypialni nad naszym spokojnym snem czuwali Wagner z Czajkowskim, że o spoglądającym z kompletu swoich nagrań na regale pianiście Lang Langu nie wspomnę. Jak kiedyś policzyłem, kolekcja Piotra wynosiła ponad 2.400 płyt i zdarzało się, że czasami jakiś utwór był powielony w kilku egzemplarzach ze względu na różnice interpretacyjne nagrywających go dyrygentów, różne tempo wykonywania czy też samych wykonawców.

Prowadząc koncerty w niemal całej Polsce jak i na takie koncerty uczęszczając w charakterze słuchacza Piotr miał też możliwość wysłuchania na żywo wielu sławnych wykonawców. Doceniał warsztat muzyczny, lekkość wykonywania i kunszt z jakim to robili. Zawsze jako najwyższej klasy śpiewaczkę wymieniał np. Cecilie Bartoli, którą uwielbiał i wielokrotnie pokazywał mi nagrania kiedy w trakcie najtrudniejszych partii ona się lekko uśmiechała. Jak mawiał to kobieta, która bawi się śpiewem i dlatego właśnie jest tak doskonała. Tłumaczył mi też, że najtrudniejsze wbrew pozorom nie są te fragmenty gdzie śpiewa się głośno, ale te gdzie śpiew musi być cichy.

056(1)
Bogactwo wykonań i łatwość dotarcia do wykonawców nie spowodowały jednak nigdy tego, że Piotra interesowałyby jedynie wielkie sale koncertowe i płyty wydane przez największe wydawnictwa muzyczne. Wręcz przeciwnie w czasie naszych zagranicznych wyjazdów uwielbiał wyszukiwać nagrania małych niekoniecznie znanych wytwórni oraz zaglądać w niepozorne miejsca, z których dobiegała muzyka. Na tej zasadzie trafiliśmy w 2011 roku do cerkwi prawosławnej w chorwackim Dubrowniku i zamarliśmy z wrażenia. Właśnie odbywało się tam nabożeństwo i cały kościół spowity był w aromatycznym dymie kadzidła. W jednym z rogów, tuż przy ołtarzu stały dwie kobiety i jeden mężczyzna. Zwyczajni , żeby nie powiedzieć przeciętni ale śpiewający tak cudownie wielogłosem, że staliśmy tam kilkanaście minut jak zauroczenie. Magia tego czasu, miejsca, dymu z kadzidła i śpiewu była urzekająca a dodatkowego kolorytu temu zdarzeniu dodawał fakt, że jedna z tych kobiet z chustką na głowie śpiewając jednocześnie cały czas kołysała wózek z małym dzieckiem. Żaden z nas nie wiedział ile dokładnie czasu spędziliśmy w tej cerkwi, nie mamy też stamtąd żadnych zdjęć bo nie mieliśmy śmiałości zakłócać tego co nas spotkało odgłosem migawki aparatu fotograficznego. Piotr zawsze wspominał tamto zdarzenie jako jedno z najbardziej urzekających jakie przytrafiło mu się w życiu.


Piotr Orawski – Pan od muzyki (14/09/2014)

Zawsze, gdy kogoś wspominamy – choć byśmy się nie wiem nawet jak starali – nie będziemy do końca obiektywni. Z tego powodu za tak cenne uważam wszelkie nagrania Piotra i relacje innych osób ze spotkań z nim odbytych. Tym razem załączam link do relacji ze spotkania, które miało miejsce 30 stycznia 2011 w kościele rektorskim pw. Niepokalanego Poczęcia NMP przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

orawski1ok-scaled1000_drezyna

Foto ze strony: http://drezynablog.wordpress.com/2011/01/31/piotr-orawski-pan-od-muzyki/


Donos na buty (07/09/2014)

„Ktoś musiał fałszywie oskarżyć Józefa K., bo przecież on nic złego nie zrobił, a został pewnego ranka pozbawiony wolności.” – tymi słowami zaczyna się Proces Franza Kafki. Jest to cytat, który Piotr i jego przyjaciele podczas jednego ze spotkań uznali za najgenialniejszy początek powieści.

Cytat ten przywołał też Piotr parę lat temu, kiedy zadzwonił do mnie z Warszawy z dziwną prośbą. Prosił bowiem o to abym sfotografował jego buty, w których występował podczas ostatniego Poranka Muzycznego Jedynki. Okazało się, że ktoś „życzliwy” doniósł Prezesowi Polskiego Radia, że Piotr podczas ostatniego występu był w brudnych butach i przyjaciółka Piotra, z którą prowadził te poranki została wezwana do Prezesa na rozmowę w tej sprawie. Nagle na drugi plan zszedł walor edukacyjny i merytoryczny całego Poranka. To nic że dzieciaki bawiły się wyśmienicie i szalały na scenie pośród muzyków, kluczową kwestią stał się bowiem dylemat, czy buty były faktycznie brudne czy też nie. Brudne nie były, a jedynie miały różne odcienie, bo Piotr uznał, iż występując jako Muzyczny Czarodziej Jedynki nie może być ubrany w czarny smutny garnitur i z tego względu specjalnie na te zdarzenia wybrał jego jaśniejszą beżową wersję wraz z dobranym do niego obuwiem.

Buty.jpg
Prośbę Piotra spełniłem i jeszcze tego samego dnia zdjęcie jego butów powędrowało na jego firmowego maila. A z tego co wiem, wkrótce i sam Prezes Czabański mógł je obejrzeć na swoim komputerze. Całe zdarzenie można by było potraktować jako niedorzeczny dowcip, ale Piotr tak do tego nie podszedł. Zrozumiał bowiem, że donos na niego złożony był konsekwencją sukcesu Poranków Muzycznych. Ceną jaką się płaci za to, że robi się coś nieprzeciętnego, coś co się wyróżnia i odstaje od zwykłej przeciętnej audycji. Zresztą podobnych, choć może nie tak ekstremalnych sytuacji przytrafiło mu się sporo. Jednak to po tym zdarzeniu Piotr stwierdził, że pomału ma już dość radia i zaczął przyjaciołom opowiadać, że chciałby pracować w kiosku na naszym osiedlu sprzedając gazety i rozmawiając z ludźmi. Oczywiście nikt z nas w to nie wierzył i śmialiśmy się z tego. Jednak Piotr do tego pomysłu powracał jeszcze przez kolejne lata. Szczególnie silnie, gdy odmówiono mu wsparcia przy nagraniu wymarzonej audycji na PRIX Italia. Najpierw odmówiono mu sfinansowania delegacji do Wrocławia, w którym chciał zebrać dodatkowe materiały  do audycji „Koniec świata u św. Elżbiety” poświęconej głośnemu pożarowi organów w tym kościele a w kolejnym roku nie dostał zgody na wynajęcie przez program II PR aktora z Teatru Polskiego Radia, z którym chciał nagrać kolejną audycję na włoski konkurs.

Powracając jednak do kwestii butów, trzeba oddać sprawiedliwość Prezesowi Polskiego Radia. Bowiem kilka dni po wysłaniu maila, kiedy robiliśmy zakupy w osiedlowym sklepie na Piotra telefon zadzwoniła sekretarka Zarządu informując, że łączy Prezesa. Mina Piotra podczas tej rozmowy była bezcenna. Okazało się, że Prezes Czabański zadzwonił aby przeprosić za całe zamieszanie z butami i jak mówił Piotr, chyba sam był zażenowany całym tym zdarzeniem.  W każdym bądź razie, jakby na to zdarzenie nie patrzeć buty widoczne na załączonym zdjęciu, stały się na kilka dni najważniejszym obuwiem dla Polskiego Radia i zdaje się, że już nigdy nie było innych równie ważnych.


Lotnisko – miejsce wypoczynku (31/08/2014)

W roku 2007, kiedy to namówiłem Piotra aby spędził wakacje po raz pierwszy gdzieś na południu Europy był przerażony wizją lotu samolotem. Po pierwsze miał lęk wysokości, po drugie jakoś nie potrafił zaufać wielkiej metalowej maszynie unoszącej się w powietrzu. Pamiętam jak dziś jego podenerwowanie kiedy koło 22:00 pojawiliśmy się gdańskim lotnisku oczekując na wylot na Kretę. Zresztą nie było się czemu dziwić, na dwa tygodnie przed wylotem codziennie oglądał na Discovery programy o katastrofach lotniczych, zatem w jego głowie z pewnością kłębiło się co najmniej kilkanaście scenariuszy destrukcyjnego zdarzenia z udziałem naszego lotu. To co było go w stanie lekko uspokoić to kolacja w lotniskowej knajpie a potem wspólne oglądanie komedii na laptopie. Nie mogło się też obejść bez tak zwanego „odważnika”, czyli małej buteleczki z alkoholem nabytej w lotniskowym sklepiku, która niejednemu pasażerowi dodawała odwagi do przekroczenia pokładu samolotu. Lot odbył się bez większych sensacji. Ja usnąłem a Piotr nad ranem z zafascynowaniem oglądał Półwysep Chalkidiki, nad którym właśnie przelatywaliśmy. Historia powtarzała się praktycznie co roku przy każdej wakacyjnej podróży.

002
Jednak kiedy w roku 2011 na rynku przewoźników lotniczych pojawił się OLT Express z ceną przelotu pomiędzy Gdańskiem a Warszawą w wysokości 99 PLN Piotr zdecydował się przełamać swoje lęki i korzystać z tego tańszego i dogodniejszego niż pociąg środka transportu. Nim się obejrzeliśmy Piotr już regularnie dwa razy w miesiącu latał między Gdańskiem i Warszawą. Przestał się bać samolotów, a wręcz polubił całą otoczkę lotom towarzyszącą. Nagle złowrogie lotnisko stało się jego ulubionym miejscem wypoczynku. W zasadzie wszędzie poza lotniskami ciągle nad czymś pracował, coś pisał w laptopie lub słuchał płyt z muzyką, którą miał zamiar nadać w najbliższym czasie. Jedynie na lotniskach się wyciszał i albo czytał kupione właśnie tygodnik lub szczególnie w Warszawie rozsiadał się na krzesłach dla pasażerów ustawionych przodem do wielkiej szyby z widokiem na pas startowy i obserwował starty i lądowania samolotów. W portach lotniczych obu miast miał swoje ulubione sklepy, knajpki i miejsca oczekiwania na odlot. Jak mówił były to dla niego chwile zawieszenia, totalnego zresetowania, kiedy to zupełnie nie myślał o sprawach zawodowych i mógł się całkowicie cieszyć daną chwilą. Ja natomiast lubiłem w niedzielę koło 21:40 wskakiwać w samochód i mknąć trójmiejską obwodnicą do Rębiechowa, gdzie chwilę po 22:00 odbierałem zrelaksowanego Piotra z samolotu. Oczywiście taki czas nie mógł trwać w nieskończoność i kiedy ja przed północą zaczynałem się pakować na następny dzień do pracy, Piotr właśnie odpalał swój komputer i rozpoczynał pisanie nowej audycji zagłębiony już gdzieś tam w swoim muzycznym świecie.


Człowiek silny, duch wrażliwy (23/08/2014)

Jak już niejednokrotnie wspominałem Piotr był wyjątkowo energicznym i pracowitym człowiekiem. Jak nie jechał na jakieś nagrania, to właśnie pisał audycje, przygotowywał się do prowadzenia koncertu lub obmyślał kolejne cykle radiowe. Oczywiście między to wszystko wciskając jeszcze trochę czasu na nowy esej na swoją stronę lub mały weekendowy wypad po okolicy. Mniej więcej w roku 2009 doszły do tego jeszcze dwa telefony dziennie do jego mamy. Zawsze w tych samych porach bez względu na okoliczności. Był to sposób Piotra na to aby przypilnować jej pory brania leków, których regularne zażywanie było warunkiem skuteczności terapii. Była to nowoczesna i nie najtańsza terapia, jednak gdy tylko stwierdzono u niej początkowe stadium Alzheimera  Piotr zrobił wszystko, aby pomóc jej jak najskuteczniej. Poprzez znajomości dotarł do jednej z najlepszych psycholog w Trójmieście i nie liczył się dla niego koszt lekarstw spowalniających postępy choroby tylko ich skuteczność.

Wszystko toczyło się w miarę dobrze do połowy roku 2010. Kiedy to nagle zauważyliśmy drastyczny postęp choroby, a zaprzyjaźnione z Piotrem sąsiadki jego mamy doniosły, że ta oszukuje Piotra odnośnie zażywania tabletek, bo uznała że jest zdrowa i te ją tylko zatruwają. Każdy kto miał do czynienia z osobą chorą na Alzheimera pewnie przechodził przez podobne stadium, gdy nagle osoba chora stwierdza, że nic jej nie dolega albo wręcz podejrzewa bliskich o próbę otrucia i zaprzestaje zażywania leków. Znam przypadki, w których nawet osoby będące pod stałą opieką bliskich lub pielęgniarek chowały leki pod poduszki lub szukały innych sposobów na ich pozbycie się w tajemnicy. Na efekty takiego postępowania nie trzeba było długo czekać. Skargi sąsiadów mamy Piotra, że ta chodzi po klatce w nocy i dzwoni do mieszkań bo podobno ma jeszcze jedno mieszkanie gdzieś u góry. Telefon ze szpitala, że mam Piotra była przyjęta na izbę przyjęć z rozbitą głową bo chodziła po mieście w środku nocy a teraz właśnie uciekła ze szpitala. Opowieści mamy Piotra, że właśnie odwiedził ją jej mały drugi synek (Piotr był jedynakiem) i było bardzo miło ale zabrał jej wszystkie pieniądze. Czy wreszcie rzucone przez telefon, że jest już spakowana i za chwilę idzie na dworzec bo wyjeżdża do domu rodzinnego na Podlasiu. Każde to zdarzenie kosztowało Piotra masę nerwów, a niejednokrotnie i całkowicie dezorganizowało jego dni koniecznością nieplanowanych odwiedzin. Przy czym wspomnieć trzeba, że w tamtym okresie Piotr regularnie odwiedzał mieszkanie mamy robiąc jej zakupy, wypłacając pieniądze z bankomatu i przywożąc ugotowane przez siebie obiady.

Piotr spojrzenie

Wszystkie te zdarzenia toczyły się oczywiście w czasie gdy Piotr pisał i nagrywał kolejne lekcje muzyki lub szykowała Muzyczne Turnieje Dwójki. Momentem przełomowym było jednak zdarzenie, które miało miejsce właśnie w czasie jednego z weekendowych wyjazdów Piotra do Warszawy. Już w piątek wieczorem jego mama nie odebrała telefonu, nie zrobiła tego też przez pół soboty. W sobotę popołudniu ja znalazłem się pod jej mieszkaniem, ale nie mogłem się tam dostać, gdyż gerdowski zamek został zamknięty od środka a klucz w nim pozostawiony, co uniemożliwiało praktycznie wejście z zewnątrz. Istniało co prawda prawdopodobieństwo, że mama Piotra jak kilka razy wcześniej nieświadomie rozłączyła telefon a w czasie mojej wizyty spała ale i inne scenariusze też nam przychodziły do głowy. Piotr następnego dnia mocno zdenerwowany poprowadził muzyczny turniej skrzętnie ukrywając swój stan emocjonalny na antenie a następnie gnał z Warszawy do domu. Zdarzenie skończyło się wejściem Straży Pożarnej do mieszkania mamy Piotra przez okno i odtransportowaniem jej do szpitala. Właśnie wtedy zorganizowaliśmy jej opiekunkę, która mieszkała z nią 24 godziny na dobę. Po kilu miesiącach sytuacja była jeszcze poważniejsza i tutaj pojawiła się już konieczność organizacji prywatnego domu opieki ze stałą opieką medyczną. Mama Piotra przestała go poznawać, choć zawsze na jego widok się uśmiechała. Z czasem zobojętniała na wszystko i straciła wolę życia, lekarze nie potrafili przewidzieć czy to co nieuniknione nadejdzie za kilka tygodni czy miesięcy.

Piotra w całej tej sytuacji był bardzo silny psychicznie. Próbował nawet czasami dystansować się od tej sytuacji żartując z faktu jak to jego mama podczas wywiadu lekarskiego u znajomej psycholog na pytanie „Ile Pani syn mam lat?” rezolutnie odpowiedziała „Nie wiem, nigdy go o to nie pytałam”. Mówił też, że jest świadom tego co nieuniknione i jest na to przygotowany.  Gdy nadeszła informacja o śmierci mamy był rozbity przez pierwsze dwa dni, ale szybko się pozbierał i przy moim wsparciu pozałatwiał wszelkie formalności pogrzebowe.  Pamiętam jak po pogrzebie powiedział:  „Tak jest chyba lepiej dla mojej mamy. Przez ostatnie miesiące zupełnie nie wiedziała gdzie jest i co się z nią dzieje. Można powiedzieć, że tylko się męczyła”.

Piszę o tym wszystkim nie dlatego, żeby zdradzać historię życia jego mamy, ale po to aby pokazać pod jaką presją psychiczną Piotr funkcjonował od połowy 2010 roku do wakacji roku 2012. Mimo to ciągle tworzył, pracował i swoje problemy zachowywała tylko dla siebie i najbliższych. Choć momentami było widać po nim skutki tej sytuacji lub można było co nieco wyczytać między wierszami jego esejów. Zdawało się, że po wszystkim Piotr silnie stanął na nogi i doszedł całkowicie do siebie. Jeszcze na początku września, niedługo po śmierci swojej mamy napisał esej „O żałobie”, który był pewnym manifestem jego podejścia do żałoby właśnie. Dwa tygodnie później na stronie pojawił się też esej „O przeżywaniu śmierci” i temat bezpośrednich odwołań do śmierci  ustał. Na pozór wszystko wróciło do normy, tylko nocami Piotrowi śniło się że rozmawia z mamą i kiedyś wyrwało mu się, że choć ma dalej rodzinę, bo jestem nią dla niego ja i moim bliscy, to jednak czuje się dziwnie bo jakby nie patrzeć został sierotą. Częściej można go było zastać zamyślonego w fotelu i czasami kiedy myślał, że go nie widzę wydawał się smutny. To wtedy też zauważyłem, że ma opuchniętą kostkę lewej nogi i nawet nie wiedziałem jak ten fakt wkrótce zaważy na naszym życiu. Był to pierwszy symptom Róży, którą udało się zdiagnozować dopiero po czterech miesiącach i szeregu badań, kiedy to opuchlizna zaatakowała już obie nogi. Gdy Różę udało się zwalczyć silnymi antybiotykami odezwały się inne przypadłości zdrowotne, a potem był już szpital. Piotr odszedł od nas rok i dwa miesiące po swojej mamie.

Wielu bliskich i znajomych Piotra uważa, że choć starannie przed nami to ukrywał, to tak naprawdę załamał się po jej śmierci i sam stracił wolę życia. W tym kontekście znamienne stają się słowa lekarki prowadzącej Piotra, gdy wreszcie uporał się z Różą, które usłyszałem od niej przez telefon: „Gdyby nie Pan i Pana opieka, Piotr nie przeżył by tej choroby”

Wczoraj, 22 sierpnia 2014 była druga rocznica śmierci mamy Piotra.


Piotr Orawski w Tajnych Kompletach (17/08/2014)

Zawsze, gdy kogoś wspominamy – choć byśmy się nie wiem nawet jak starali – nie będziemy do końca obiektywni. Z tego powodu za tak cenne uważam wszelkie nagrania Piotra i relacje innych osób ze spotkań z nim odbytych. Tym razem załączam relację ze spotkania w „Tajnych kompletach” w 2011 roku i nie ukrywam, że oprócz samej ciekawej treści jakoś tak miło się robi, gdy z komputera dobiega ten znany wszystkim tak charakterystyczny głos.

Piotr_-_youtube


Żyć, to znaczy być sobą (10/08/2014)

Piotr zawsze twierdził, że w życiu trzeba być sobą i nie akceptował tych, którzy uważali, że mają wyłączność na wiedzę jak żyć oraz są jedynymi, którzy mogą oceniać co jest dobre a co złe, a także co wypada a czego robić nie można. Choć jak mówił nie dana była mu łaska wiary, to zawsze starał się trzymać zasady nie krzywdzenia innych, jednak przy okazji bardzo jasno i otwarcie mówił o tym co mu się nie podobało i raczej nie dbał w tym zakresie o przestrzeganie wyrafinowanych zasad political correctness. Jak coś było dla niego brzydkie, to nazywał to brzydkim, głupotę nazywał głupotą a nie odmiennym spojrzeniem ale adwersarzy o odmiennych poglądach, którzy potrafili wejść  z nim w dyskusję lub czymś zaciekawić bardzo cenił.

144
Obawiał się wszelkich skrajności i ekstremizmów, zawsze gdy wspominał o komunizmie, czy tzw. zwanej „IV RP” przywoływał początek Procesu Franza Kafki:  „Ktoś musiał fałszywie oskarżyć Józefa K., bo przecież on nic złego nie zrobił, a został pewnego ranka pozbawiony wolności”. Dla Piotra była to właśnie kwintesencja podejścia tych systemów do człowieka i z tego powodu całkowicie ich nie akceptował i odrzucał. Znam tylko jedną sytuację w życiu Piotra, gdzie opowiedział się po stronie skrajności, był to artykuł Oriany Fallaci „Wściekłość i duma”, który opublikowała w Corriere della Serra  w reakcji na zamachy z 11 września.

„To jest wojna, obudźcie się! Czy nie widzicie, że tacy ludzie jak Osama ben Laden chcą nas zniszczyć? Że czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci, tylko dlatego że pijecie wino lub piwo, chodzicie do teatru lub kina, nosicie minispódniczki albo krótkie skarpetki, kochacie się kiedy chcecie, gdzie chcecie i z kim chcecie? Nawet to was nie obchodzi, idioci?” – Oriana Fallaci

W innych sprawach też potrafił jasno wyrażać swoje poglądy, choć robił to zawsze we właściwy dla siebie sposób. Czy to jeszcze w szkole średniej, kiedy to paradował po Trójmieście ze plastikową świnką skarbonką z napisem PZPR zawieszoną na szyi, czy na studiach kiedy to w 1981 roku w indeksie wykreślił sformułowanie „aktywnego uczestniczenia w budowie socjalizmu”. Postawa konformizmu była mu obca również w życiu dorosłym.  W Akademii Muzycznej w Gdańsku odmówił wykładania prowadzonego przedmiotu w połowie dotychczasowej liczby godzin, bo uznał że nie można studentów uczciwie nauczyć tego co wykłada w tak krótkim czasie i został z tego powodu zwolniony z tej uczelni. Na pytanie „Kim jest Rafał?” zadane przez jednego z czytelników swoich esejów, który chciał zorganizować mu wieczór autorski odpisał że „kimś najważniejszym w jego życiu” i otrzymał potępiającą odpowiedź z cytatami z Pisma Świętego. Niewiele się zastanawiając zerwał ten kontakt nieodwołalnie.

indeks1_cut

indeks2_cut
Był za to bardzo ostrożny w obszarze, w którym inni łatwo formułowali oceny i potępiali „winnych”. Mam tu na myśli tajnych współpracowników SB, których jak się po latach okazało było sporo w otoczeniu Piotra, który już w czasie studenckim poruszał się w towarzystwie inteligencji warszawskiej i to nierzadko również tej katolickiej. O części tych osób co jakiś czas media informowały, że byli tajnymi współpracownikami i zawsze wywoływało to u Piotra duże poruszenie. Nie był jednak skory do ich bezmyślnego potępiania ale raczej ciekawy co nimi powodowało, gdy na taką współpracę się godzili. Kiedy jeden z naszych znajomych z oburzeniem stwierdził, że Piotr powinien tych wszystkich ludzi wykreślić ze swojego życia usłyszał w odpowiedzi opowieść o pewnym zdarzeniu jakiego byliśmy świadkami na praskich Hradczanach. Otóż kiedyś latem około godziny 23:00, kiedy ulice były już puste a bruk oświetlało jedynie blade światło latarni na jednym z mostów dostrzegliśmy kota bawiącego się jeszcze żywą myszą. Staliśmy zafascynowani tą sytuacją i długo nie mogliśmy zdecydować czy uratować mysz, która i tak była już mocno zmaltretowana i w ten sposób pozbawić kota posiłku, czy jednak nie naruszać brutalnych zasad natury i pozwolić kotu dopełnić tego co było jego prawem. Z mieszanymi uczuciami odeszliśmy pozostawiając kota z myszą na moście. Piotr wtedy powiedział, że dla niego wszyscy tajni współpracownicy kiedyś musieli się znaleźć w podobnej sytuacji niełatwego wyboru i za nim ich osądzi musiał by wiedzieć czym się kierowali w swojej decyzji i było to jego ostateczne zdanie w tym temacie.


Zasadność nadania utworu (03/08/2014)

Właśnie kila dni temu przewróciłem kartkę w kalendarzu i patrząc na sierpniową zapowiedź rozkładu dni powszednich i świątecznych przypomniało mi się pewne zdarzenie sprzed 9 lat dotyczące jednej z audycji Piotra. Zdarzenie, które w tamtym czasie Piotra zirytowało, ale zareagował na nie z charakterystyczną dla niego inteligencją i swadą.

Ponieważ nie jest moim zamiarem kogoś tym postem wytykać czy ośmieszać pozwoliłem sobie imię i nazwisko przełożonego Piotra zastąpić ciągiem znaków „x”. Co jednak dla mnie istotne, poniższa oryginalna odpowiedź mailowa pomoże mi pokazać, że radiowa praca Piotra to nie tylko gratulacje i miłe słowa od słuchaczy, ale także zmaganie się z przeciwnościami na jakie Piotrowi zdarzało się natrafiać w samym Polskim Radiu a dodać muszę, że poniższe utrudnienie było jednym z mniej dokuczliwych.

x004_cut

   „15 sierpnia 2005 roku o godz. 9.05 w audycji Programu II Polskiego Radia nadałem dwa mało znane uroczyste koncerty Antonia Vivaldiego, skomponowane specjalnie z okazji przypadającego w tym dniu święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ich uzupełnieniem był jeszcze jeden rzadko grywany koncert Vivaldiego, przeznaczony na dzień Bożego Narodzenia. W protokole kolegium Pr. II, skierowanym do Pana Xxxxx Xxxxxxx, pojawiła się prośba o wytłumaczenie zasadności nadania tego ostatniego koncertu w połowie sierpnia, co niniejszym – jako autor tej audycji – z przyjemnością czynię.

            15 sierpnia jest liturgicznym świętem Wniebowzięcia NMP. Wszystkie inne zwyczajowe nazwy tego święta (np. Matki Boskiej Zielnej) oraz przypadające w tym dniu święto państwowe, nie mają nic wspólnego z liturgiczną treścią maryjnego święta, a tylko do niej – zgodnie z tytułem Concerti per la Santissima Assunzione di Maria Vergine – odnosiła się moja audycja i na niej opierał się jej pomysł i sens. Każdy, kto choć trochę zna kontekst liturgiczny święta Wniebowzięcia (chociażby z modlitwy różańcowej, jednej z najpopularniejszych w Kościele Rzymskim), wie, że Wniebowzięcie Maryi jest ukoronowaniem Jej życia, którego najważniejszym faktem było Boże Narodzenie. Już choćby to powinno wystarczyć jako uzasadnienie celowości zwieńczenia audycji z okazji wniebowzięcia Matki Boskiej świadomym nawiązaniem do Jej boskiego macierzyństwa. Jeśli jednak autorów pytania o zasadność emisji koncertu na Boże Narodzenie taka odpowiedź nie satysfakcjonuje bądź wydaje się im niewystarczająca, odsyłam do mszalnych czytań maryjnego święta.

            Pierwsze z nich to fragment z Apokalipsy św. Jana (Ap. 11,19; 12,1.3-6.10), który przytacza wizję niewiasty obleczonej w słońce i mówi o narodzeniu Syna. Czytanie drugie (1 Kor. 15, 20-26) mówi o zmartwychwstaniu Chrystusa. Perykopa Ewangelii wg św. Łukasza (Łk. 1, 39-56) przywołuje z kolei sławną scenę Nawiedzenia św. Elżbiety, w której brzemienna Maryja śpiewa najsławniejszy biblijny kantyk, czyli Magnificat, tekst liturgicznie związany ze świętami Bożego Narodzenia. Myślę, że w tym kontekście zasadność przywołania w świątecznej audycji z okazji Wniebowzięcia NMP motywu Bożego Narodzenia staje się w pełni czytelna i oczywista.

            Pomijam już inne fakty, które w moim wyborze programu świątecznej audycji miały mniejsze znaczenie bądź nie miały go zgoła w ogóle, choćby ten, że dziś dawne utwory użytkowe traktujemy już wyłącznie jako dzieła sztuki. W tym przypadku zarzut bezzasadności emisji dzieła Vivaldiego staje się w ogóle bezprzedmiotowy, podążając bowiem tym tropem myślenia Symfonię wiosenną Schumanna powinniśmy nadawać tylko wiosną, Sonatę księżycową Beethovena tylko nocą (pod warunkiem, że nie ma nowiu), a Pasję Mateuszową Bacha wyłącznie w Wielki Piątek. (Nie mówiąc już o tym, że w ogóle nie powinniśmy nadawać bachowskiego Oratorium na Boże Narodzenie, bo dwukrotnie pojawia się tam pasyjna melodia chorału O Haupt voll Blut und Wunden). To oczywiście żart, ale warto pamiętać, że rok liturgiczny kieruje się zupełnie innymi prawami niż rok przyrodniczy i kryterium pór roku nie zawsze jest właściwym narzędziem jego interpretacji.

 

                                                                                                                                                    Pozdrawiam serdecznie

                                                                                                                                                         Piotr Orawski”


Muzyczne turnieje (27/07/2014)

Jedną z ulubionych przez Piotra jego antenowych aktywności były Muzyczne Turnieje Dwójki. Początkowo nie był zachwycony propozycją poprowadzenia tych audycji, bo nie podobała mu się ich formuła. Polegała ona na tym, że na początku turnieju były czytane wszystkie pytania, potem ponad godzinę leciała muzyka  a na końcu ogłaszano zwycięzców, którzy udzielili prawidłowych odpowiedzi . Zero kontaktu ze słuchaczami, zero dyskusji o pytaniu czy odpowiedzi – dla Piotra była to kwintesencja antyradia, które powinno być przecież żywe i interaktywne. Jak to miał w swoim zwyczaju, skoro nie podobało mu się to co jest, to zrobił to po swojemu – w pełnym kontakcie ze słuchaczami. Już nie było muzyki przez ponad godzinę, tylko pytania i odpowiedzi bezpośrednio na antenie, co prawda przeplatane muzyką, ale ta leciała tylko do momentu udzielenie prawidłowej odpowiedzi.

Okazało się, że taka forma turnieju bardzo przypadła do gustu słuchaczom i ówczesnej dyrekcji programu II, i co najważniejsze uznano, że nie może być już powrotu do tego co było wcześniej. Niestety (a może „stety”) Piotr kreując nową formę tej audycji  nie był świadom tego, że praktycznie skazuje się na osobiste prowadzenie każdego z muzycznych turniejów. Wyszło bowiem na to, że koledzy i koleżanki z programu są bardzo niechętni  rozmowom ze słuchaczami na żywo bezpośrednio na antenie. Ostatecznie czasami słuchacze faktycznie zadawali jakieś dodatkowe pytania, czy też prosili o wykraczające poza turniejowe pytanie wyjaśnieni a w sprawach ich nurtujących. Była to więc zarazem publiczna weryfikacja muzycznej wiedzy prowadzącego. Piotr z tą kwestią nie miał najmniejszego problemu, co więcej z domowych rozmów pamiętam, że czekała wręcz z utęsknieniem na jakieś takie smaczki ze strony słuchaczy i parę takowych się zdarzyło. Zawsze w takiej sytuacji bardzo się cieszył, bo mógł tym sposobem czegoś nauczyć się od swoich słuchaczy, a jak mawiał „wiedzy nigdy za wiele”.

Piotr płyty

Z moich obliczeń wynika, że Piotr poprowadził 92 Muzyczne Turnieje Dwójki i dopiero, kiedy to policzyłem zrozumiałem, z jakiego powodu miał czasem problem z wymyśleniem tematu nowego turnieju. Inspiracje co do tematów był rozmaite: filmy, książki, zbliżające się święta, jakieś wydarzenia z naszego prywatnego życia a czasami Piotr prosił też znajomych o podrzucenie jakiejś propozycji. Potem w ciągu jednego lub maksymalnie dwóch dni powstała lista pytań i prawidłowych odpowiedzi. Te drugie nie były szykowane na potrzeby Piotra ale osoby odbierającej telefony, aby mogła zweryfikować czy dzwoniący podaje prawidłową odpowiedź. Zresztą z jednym z odbierających łączy się pewna anegdota. Otóż jeden ze słuchaczy, który udzielił prawidłowej odpowiedzi i poza anteną podawał adres swojego zamieszkania mieszkała w Warszawie na ul. Chińskiej Róży. Kiedy po audycji Piotr otrzymał notatkę bardzo się zdziwił, że ma wysłać płytę na ulicę Chińskiej Rury. Na szczęcie Piotr znał trochę Warszawę i płyta powędrowała do chińskiej róży a nie rury.

Ponieważ obiecałem zdradzać trochę warsztatu radiowego Piotra, w załączeniu konspekt roboczy jednego z prowadzonych przez Piotra turniejów Dwójki:

——

Muzyczny turniej Dwójki – Emocje w muzyce (2): gniew, zemsta, zdrada.

 

Rozważając emocjonalną reakcję na muzykę, już na wstępie stajemy przed faktem, że o reakcji tej i jej stosunku do bodźca wiadomo bardzo mało. Materiał dowodowy, świadczący o tym, że reakcja taka w ogóle istnieje, opiera się na introspekcyjnych opisach słuchaczy. Fakt ten poświadczają również kompozytorzy, wykonawcy oraz krytycy. Innym świadectwem istnienia emocjonalnych reakcji na muzykę jest zachowanie wykonawców i publiczności, a także towarzyszące percepcji muzycznej zmiany fizjologiczne. Wprawdzie liczba owych materiałów dowodowych, jak i fakt, że znajdujemy je w wielu kulturach, każe nam wierzyć, że emocjonalna reakcja na muzykę istotnie zachodzi, jednak nie mówi nam ów materiał nic prawie o naturze tej reakcji ani o związku przyczynowym między bodźcem muzycznym a wywoływaną przezeń afektywną reakcją słuchaczy. Tak pisał przed laty Leonard Meyer i powtórnie jego słowa przytaczam w kontekście muzycznych emocji i kolejnych muzycznych Ćwiczeń z myślenia. Tym razem nie będą to emocje pozytywne: gniew, zemsta i zdrada wywołują reakcje jak najbardziej negatywne, ale tym właśnie żywi się nie tylko sztuka, ale także nasze życie od czasów najdawniejszych. Audycję otworzyła aria agitata Quest’ improviso tremito z drugiego aktu opery Lucio Silla Wolfganga Amadeusza Mozarta. Witam serdecznie, Piotr Orawski. Nic w zasadach moich audycji w tym cyklu się nie zmieniło. Każdy z Państwa, kto dobrze odpowie na zadane przeze mnie pytanie, otrzyma nagrodę w postaci płyty kompaktowej i będzie także – co dla mnie jest szczególnie ważne i miłe – naszym gościem na antenie Dwójki. Nagrody jak zwykle ufundowała firma DUX. Kłaniamy się jej pięknie. Dziś są to następujące propozycje:

……………………………………………….

Audycję realizuje………………………………………………………………………….

Na Państwa telefony czeka Hubert Chutowski pod niezmiennym numerem telefonu: 22 645 22 22.

Liczy się pierwsza odpowiedź i proszę tej zasady przestrzegać. Jeśli nie znamy odpowiedzi albo jest to odpowiedź błędna – dajmy szanse innym.

  1. Jednym z najbardziej oczywistych przedstawień gniewu w muzyce jest scena zejścia do otchłani Orfeusza ze sławnej opery Christopha Willibalda Glucka. Na wielokrotne prośby Orfeusza o litość czy zrozumienie słyszy jedną tylko odpowiedź: Nie! To obraz poruszający wobec naszej totalnej niemocy wobec śmierci i zarazem na nią totalnej niezgody. W przypadku opery Glucka jego główny bohater jest pokorny, to w zaświatach furie pełne są gniewu. Oto opis tej sytuacji:

Stojąc na płytach chodnika przy wejściu do Hadesu

Orfeusz kulił się w porywistym wietrze,

Który targał jego płaszczem, toczył kłęby mgły,

Miotał się w liściach drzew. Światła aut

Za każdym napływem mgły przygasały.

 

Zatrzymał się przed oszklonymi drzwiami, niepewny

Czy starczy mu sił w tej ostatniej próbie.

Oto proste pytanie: kto jest autorem tych słów i jaki tytuł nosi utwór, które słowa te otwierają? A my słuchamy tej wielkiej sceny z najsławniejszej opery Krzysztofa Willibalda Glucka

Czesław Miłosz

Orfeusz i Eurydyka

[2002; pamięci Carol, żony Miłosza]

MUZYKA: CD Gluck Orfeusz i Eurydyka, Gardiner, nr 5 – 6

[Albo:  CD Gluck Orfeusz i Eurydyka, Minkowski, CD 1, nr 22 – 24] 

 

 

  1. Gniew, wyrażony wszakże nietypową, ale niezwykle sugestywną arią wzburzenia dominuje w śpiewie Donny Anny z pierwszego aktu Don Giovanniego Wolfganga Amadeusza Mozarta, w której córka Komandora śpiewa o tym, że rozpoznała zabójcę swego ojca i zarazem szlachcica, który chciał ją zgwałcić. Kluczowym słowem tej arii jest słowo vendetta – zemsta, pomsta, odwet. Oto tłumaczenie słów tej arii na język polski:

To on mnie z honoru

nieomal ograbił,

on wdarł się do domu

i ojca mi zabił.

Do pomsty cię wzywa

nie tylko mój głos!

 

O, wspomnij tę ranę,

te krwawe strumienie,

zastygłe już dłonie

i martwe spojrzenie –

a w sercu zapłonie

pochodnia i stos!

 

      Oto ta znakomita aria, a ja pytam, kto dokonał kongenialnego tłumaczenia na język polski libretta  Don Giovanniego pióra Lorenza da Ponte?

Stanisław Barańczak

MUZYKA: CD Mozart Don Giovanni, Harnoncourt, nr 5

 

  1. Jednym z najwspanialszych objawień gniewu i furii w muzyce scenicznej jest aria Królowej Nocy z drugiego aktu Czarodziejskiego fletu Mozarta. Doskonałość muzyczna jest tam odzwierciedleniem doskonałości zła, bo to zło bywa z reguły fotogeniczne, dobro o wiele rzadziej. Postać Królowej Nocy interpretowano rozmaicie. W jednym z wielkich filmowych obrazów XX stulecia sławny reżyser złamał typową konwencję. Zamiast wielkiej królowej widzimy w tej arii, utrzymanej w konwencji koszmarnej, sennej fantasmagorii, starą, pozbawioną królewskiego majestatu kobietę, władczynię przeżartą już tylko bezbrzeżną nienawiścią. Kto w ten sposób sportretował Królową Nocy? I w jakim języku Królowa Nocy śpiewa tę arię?

Ingmar Bergman

w języku szwedzkim

MUZYKA: CD Mozart Edda Moser, nr 2

 

  1. Oto finałowa scena pewnej włoskiej opery, która mówi o zdradzie głównie, ale też porusza ważny problem społecznej nierówności, zwłaszcza w czasach, w których powstała. Proszę powiedzieć, o jaką operę chodzi, kto ją napisał, a także kiedy – chodzi o datę roczną – i gdzie – pytam o nazwę teatru operowego – odbyło się jej prawykonanie?

Madame Butterfly

Giacomo Puccini

1904

Teatro alla Scala w Mediolanie

MUZYKA: CD Best Puccini 100, CD 3, nr 7

 

  1. Rzecz rozgrywa się w więzieniu, w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia dwojga głównych bohaterów tej scenicznej opowieści. Są znowu razem, ale wybuch radości podszyty jest tu paletą rozmaitych emocji: strachem, chęcią zemsty, gniewem. Proszę podać imiona głównych bohaterów tej muzycznej opowieści oraz nazwisko kompozytora, który potrafił wykrzesać taki gejzer radości, mimo że okoliczności zewnętrzne zupełnie takiej sytuacji nie sprzyjały.

Leonora

Florestan

Ludwig van Beethoven

MUZYKA: CD Beethoven CD 64, nr 7 – 8

[libretto: Joseph Sonnleithner i Friedrich Treitschke wg „Leonory”, którą napisał Jean Nicolas Bouilly]

  1. Był garbaty i brzydki, był błaznem. Nazywał się Rigoletto. Wiemy już, że chodzi o bohatera jednej z najbardziej popularnych oper Giuseppe Verdiego. Ponad wszystko kochał swoją córkę, która stała się przedmiotem okrutnej gry erotycznej – tak to nazwijmy. Ojciec chciał ocalić swoją córkę. W drugim akcie opery śpiewa słynną arię Cortigiani, vil razza dannata, która jest wspaniałym, romantycznym podzwonnym osiemnastowiecznych arii z gatunku aria agitata. To jednak, co tam było bardziej sprawą konwencji, tu staje się jak najbardziej sprawą emocji skrajnych. Oto ta aria, aria gniewu, rozpaczy i bezsilności, a są to wszak emocje blisko ze sobą powiązane. Pytanie dotyczy śpiewaka, którą ją w tym nagraniu wykonuje. O jakiego wokalistę pytam?

Andrzej Hiolski

MUZYKA: CD Andrzej Hiolski Arie operowe Vol. 1, nr 3

 

  1. W tej scenie pewnej barokowej opery mamy do czynienia z nagłym wybuchem gniewu, który jest porównany do dwóch przeciwnych sobie wiatrów. Powodem jest oczywiście miłość, bo chyba tylko ona jest w stanie wzbudzić tak skrajne emocje. Aria jest niewiarygodnie wirtuozowska. Rzadko kiedy barokowy afekt osiąga taki stan wzburzenia i taki zarazem stan mistrzowskiej wirtuozerii. Mam tym razem tylko dwa pytania: kto jest autorem tej opery i jaki nosi ona tytuł?

Antonio Vivaldi

Griselda

MUZYKA: CD Bartoli Live in Italy, nr 5

 

  1. Pozostańmy zatem jeszcze przez chwilę przy tej niezwykłej – ze względu na trudności wykonawcze – operze Vivaldiego. Za chwile zabrzmi druga słynna aria agitata z tej opery. I tym razem mam dwa pytania: który z bohaterów opery arię tę wykonuje i kto ją śpiewa w tym oto nagraniu?

Ottone

Cecilia Bartoli

 

MUZYKA: CD The Vivaldi Album, nr 2

  1. Jest to być może najbardziej wstrząsająca w muzyce i literaturze opowieść o zdradzie, której nie było, ale która zaistniała w sercu i wyobraźni jednego z bohaterów tego nieszczęśliwego związku. Jest to także opowieść o tym, jak destrukcyjna może być zazdrość, zwłaszcza gdy staje się elementem gry osób trzecich, i jak wielką rolę w związku ludzi odgrywa zaufanie. Proszę powiedzieć, kto jest autorem tej opery, jaki jest jej tytuł i czy autor jej libretta był również kompozytorem?

Giuseppe Verdi

Otello

Tak

[Arrigo Boito]

MUZYKA: CD Best Verdi 100, CD 1, nr 18

 

  1. Wesele Figara Wolfganga Amadeusza Mozarta to muzyczna opowieść o wielu intrygach, głównie o charakterze erotycznym. Cherubin, który przeżywa burzę hormonów, i Hrabia Almaviva, który nie ufa swojej żonie, a przy okazji próbuje flirtować na własną rękę, czyniąc zarazem zarzuty swojej żonie o niewierność, to dwie symboliczne postaci arcydzieła Mozarta. W jego trzecim akcie Hrabina śpiewa przepiękną arię o własnej wierności i o nadziej odzyskania zaufania i miłości męża. Wolfgang Amadeusz pisząc tę arię, zacytował własną melodię, wcześniej napisaną. Proszę powiedzieć, w jakim dziele melodia ta znalazła się pierwotnie?

W Mszy koronacyjnej

[KV 317]

MUZYKA: CD Wesele Figara, nr 1

 

 

  1. Jest to jedna z najbardziej przejmujących muzycznych opowieści o miłości, zazdrości i tym, do czego może doprowadzić uczucie chore z obu stron emocjonalnej relacji, dziś powiedzielibyśmy raczej – uczucie toksyczne. Proszę powiedzieć, o jaką operę chodzi, czyli podać jej tytuł i kompozytora, a także określić nazwę teatru, w którym dzieło to zabrzmiało po raz pierwszy?

Carmen

Georges Bizet

Opera Komiczna w Paryżu

[03. 03. 1875]

MUZYKA: CD Bizet Carmen Abbado, CD 2, nr 23

——


Wspomnienia najdalsze (20/07/2014)

Dzisiejszy post stanowi nie lada perełkę w cyklu „Mgnienie życia – wspomnienia”, bo nie ja jestem jego autorem ale sam Piotr, który opisał swoje wspomnienia z początków własnej muzycznej drogi. Tekst ten powstało w połowie 2009 roku jako fragment większego materiału do jednej z audycji:

„Chyba każdy kolekcjoner płyt, dawniej analogowych czarnych krążków winylowych, dziś srebrnych przeważnie, przynajmniej z jednej strony płyt kompaktowych, pamięta najstarsze egzemplarze swojej kolekcji, a także ten moment, tę życiową okoliczność czy zdarzenie, od którego pasja gromadzenia coraz większej liczby muzycznych nagrań się zaczęła. W moim przypadku początek płytowej kolekcji był jednocześnie początkiem jakiekolwiek kontaktu z tą dziedziną sztuki, która później bez reszty wypełniła mi serce, a później stała się zawodem. Miałem dziesięć lat, gdy za swoje pierwsze w życiu samodzielnie zarobione pieniądze postanowiłem kupić sobie coś wartościowego. Nie wiem, dlaczego mój wybór padł na muzykę poważną. Nigdy wcześniej jej nie słuchałem, nie byłem też dzieckiem muzyków czy ludzi w jakikolwiek sposób ze sztuką dźwięku związanych. Potem, już jako uczeń szkoły muzycznej I stopnia, trochę zazdrościłem tym swoim koleżankom i kolego, którzy mieli rodziców – muzyków. Może byłoby wtedy łatwiej motywować młodego człowieka do żmudnych przecież dla niego ćwiczeń, kiedy przysłowiowe „podwórko” kusiło zabawą. Mniejsza o to. Ważne, że w wieku dziesięciu lat stałem się dumnym posiadaczem dwóch pierwszych płyt swojej późniejszej kolekcji: II Suity orkiestrowej Bacha, nagranej na jednym krążku wraz z jego I Koncertem klawesynowym oraz VIII Symfonii F-dur Ludwiga van Beethovena.

Piotr na koncercie2
Dlaczego wybrałem te właśnie płyty – pojęcia dziś nie mam. Zdecydował zapewne przypadek. Na płycie Polskich nagrań z muzyką Bacha był chyba obraz kościoła św. Tomasza, ale głowy za to nie dam, a sama płyta dawno się już gdzieś zapodziała. Może to zatem wizerunek miejsca pracy wielkiego kantora podziałał na moją chłopięcą wyobraźnię? Z Beethovenem było inaczej. Pamiętam jak przez mgłę, że mogłem kupić tylko dwie symfonie Beethovena, bo tylko takie były wtedy w sklepie: VI i VIII – obie w tonacji F-dur. W komentarzach do płyty przeczytałem, że Beethoven o Symfonii Pastoralnej mówił: Wielka F-dur, w przeciwieństwie do VIII Symfonii, nazywanej przez niego Małą F-dur. Jako dziesięciolatek, który nie znał ani jednej nuty przez Beethovena napisanej, choć jego nazwisko obiło mi się już o uszy, stwierdziłem, że nie ma sensu zaczynać od Wielkiej, że lepiej zacząć od Małej, choć przecież kupowałem kota w worku i pojęcia nie miałem, jakie dźwięki odezwą się z głośnika gramofonu Bambino 2, którego największa popularność przypadła na początku lat siedemdziesiątych minionego wieku. Dziś, przywołując wspomnienia najdalsze, myślę że nieźle trafiłem z tym Bachem i Beethovenem. Napisana w Lipsku, w latach 1738-39, II Suita –h-moll z solowym fletem to arcydzieło francuskiego stylu Jana Sebastiana, arcydzieło lekkości, finezji, smaku, ornamentu, kobiecego wdzięku. I Koncert klawesynowy d-moll z kolei to twardy świat męskiej siły, ale swoistej determinacji, to świat żelaznej konsekwencji w budowaniu ritornellowej formy, to brzmienia jak najbardziej poważne, a nawet mroczne, to prawdziwie północna barokowa polifonia. A na drugim biegunie tej opozycji znalazł się Beethoven osobliwy, może najmniej beethovenowski spośród jego dziewięciu symfonii, ale z drugiej strony beethovenowski a rebours, bo mądrym humorem naznaczony. Wiedział o tym wieloletni przyjaciel kompozytora, Anton Schindler, gdy w kontekście VIII Symfonii mówił o żartobliwej powadze i poważnym żarcie. Po latach Paul Bekker wyraził to jeszcze ładniej: uśmiechnięta filozofia. Gdybym wtedy źle trafił, być może dziś nie mówiłbym do Państwa, bo wtedy właśnie śmiertelnie zachorowałem na muzykę.”


Genius loci (12/07/2014)

Tytuł dzisiejszego wpisu odnosi się do mitologicznej opiekuńczej siły (duch opiekuńczy danego miejsca) sprawiającej, że dana przestrzeń jest jedyna w swoim rodzaju.

Stałym zwyczajem naszych wakacyjnych wyjazdów było poszukiwanie tego „ducha miejsca” i nie wiedzieć czemu, prawie za każdym razem odnajdowaliśmy go w miejscu, gdzie można było ugasić pragnienie i posilić się nieco. W Banalmadenie na Costa del Sol była to knajpka przy stacji kolejki prowadzona przez leciwą Angielkę, w Santa Susana koło Barcelony restauracja meksykańska tuż przy naszym hotelu, w której kelner co wieczór wymyślał i dawał nam do spróbowania różne ciekawostki. Na Costa de la Luz lokalna knajpka w El Rompido na skarpie tuż przy rzece wpadającej do oceanu a na Riwierze Olimpijskiej stara tawerna w pobliskiej miejscowości.  Jednak miejscem szczególnie zapadłym w pamięci Piotra była mała – nawet ciężko powiedzieć, że knajpka – „U Maje i Tonke” w chorwackim mieście Korcula na wyspie o tej samej nazwie. To co ją wyróżniało, to fakt iż zasadniczo nie była ona knajpką w typowym rozumieniu, bo składała się jedynie z kuchni w jednej z piwniczek i pięciu stołów na pobliskim placyku. Praktycznie codziennie lądowaliśmy w niej na stały zestaw, tzn. ser kozi z pomidorami i świeżą bazylią + wino domowej roboty przygotowywane ze szczepów winogron rosnących na tej wyspie.

035_cut
Miejsce to było magiczne, lekko ocienione, schowane w rogu jednego z kamiennych placów. W powietrzu prawie, że czuło się powiew historii a pokładające się na rozgrzanym kamiennym bruku leniwe koty wręcz zachęcały do zadumy nad miejscem, życiem i czasem. Ta atmosfera udzielała się nie tylko nam, ale i pozostałym gościom co przyczyniło się do ciekawych rozmów z turystami z Finlandii, Niemiec czy Estonii.  Również i my chętnie rozprawialiśmy tam o traktacie Wittgensteina, niedoścignionej prostocie poezji Szymborskiej, twórczości Marqueza i rozumieniu lub nie sztuki dźwięków.

034_cut.jpg
Czasami zdaje mi się, że gdybym wrócił w to miejsce i usiadł przy jednym ze stolików z falującego od gorąca powietrza po chwili wyłonił by się Piotr i dosiadł do mnie z tym swoim szelmowskim uśmiechem rozpoczynając kolejną rozmowę z pogranicza kultury, sztuki i życia. Jednak z doświadczeni a wiem, że powroty do miejsc, w których się już było bywają przewrotne. Czasami atmosfera już nie ta, czasami i miejsce wygląda inaczej albo i zmiana zaszła w nas samych przez co nagle „duch miejsca” nam umyka. Zatem postanowiłem bez ryzyka zmiany zachować w mej pamięci niezmienione wspomnienia tego miejsca z towarzyszącym mi Piotrem i rozleniwionymi kotami.

037_cutZadowolony Piotr po opłaceniu rachunku. Po lewej stronie widoczne drzwiczki do kuchni w piwniczce a w doniczce i wiklinowym koszu zioła, które potem trafiały do smacznych przekąsek i potraw.


Esprit (06/07/2014)

Esprit – z francuskiego: duch, umysł, rozum, zmysł, zdolność, talent, dowcip, spryt

Dla wielu osób znających Piotra zagadką mogło być to w jaki sposób dobierał swoich znajomych i przyjaciół. Nie było ich za wielu, ale różnice między nimi były ogromne. Począwszy od osób znanych, czasami majętnych a na skromnych i niekoniecznie w majątek zasobnych kończąc. Doceniał inteligencję, ale nie wszyscy z nich mieli pokończone szkoły wyższe. Czasami parali się sztuką, czasami zajmowali biznesem, a bywało też czasami że stali za ladą sklepową.

To co ich łączyło to silne osobowości, nierzadko też duża indywidualność. Poczucie humoru choć pożądane nie było warunkiem koniecznym, ale poczucie własnej wartości już tak. Nikt tu nie gwiazdorzy, nie uniżał się. Piotr dla wszystkich był po prostu Piotrem, a nie „Panem redaktorem”, tak samo jak on do innych nie zwracała się np. „Panie dyrektorze”.

Piotr spojrzenie3

Któregoś dnia zapytałem go jakby zdefiniował to co jest dla niego ważne w innych ludziach, bo przestała mi już wystarczać odpowiedź, że muszą mieć „to coś”. Wtedy Piotr uśmiechnął się i powiedział, że jest takie jedno francuskie słowo, które świetnie określa to czego szuka w innych. Było to „esprit”, co dla niego oznaczało połączenie inteligencji, humoru i dystansu do siebie. Piotr twierdził, że to podstawa ciekawego spędzania czasu razem, bo można było liczyć i na ciekawe informacje, i błyskotliwe riposty i głęboki rozmowy.

Przeciwieństwem tego byli dla niego wszyscy Ci „wielcy” artyści, naukowcy, radiowcy i ludzie innych profesji, którzy wygłaszali ekskatedralne osądy, uważali że zajmowane stanowiska dają im prawo najwyższej wiedzy i obrażali się kiedy ktoś sądził inaczej lub wchodził z nimi w polemikę. Pamiętam jedną sytuację dotyczącą duchownego, który nawiązał z Piotrem najpierw kontakt mailowy a potem przy okazji wizyty Piotra w mieście jego pobytu panowie spotkali się osobiście. Kiedy Piotr wrócił z wyjazdu nieco zmieszany opowiadał mi o przebiegu tego spotkania. Starał się być kulturalny i zachowywać kanony towarzyskie takiej wizyty, jednak ekskatedralność wypowiedzi duchownego i towarzyszący temu całkowity brak umiejętności zaciekawienie rozmówcy doprowadziły do tego, że Piotr mimowolnie usnął w fotelu gospodarza urażając go śmiertelnie tym zachowaniem.


W ostatni weekend zabrakło nowego wpisu i zabraknie go jeszcze w kolejny. Przyczyną jest mała wakacyjna przerwa ale za to w miejscu, w którym Piotr był zakochany i z którego nie chciał wyjeżdżać, tzn. z Krety.
kreta


Muzyczne zdobycze (14/06/2014)

Dojrzały i stateczny mężczyzna wychodzący ze sklepu muzycznego z miną małego dzieciaka, który wie że coś przeskrobał , ale jednocześnie cały jest podekscytowany tym zdarzeniem. Do tego nieśmiertelny tekst „wydałem trochę, ale to się bardzo szybko zwróci”. Za każdym razem w takich sytuacjach zaczynałem się śmiać i pytałem „A kiedy kupisz sobie coś dla czystej przyjemności co się nie zwróci?”.

Powyższa scenka powtarzała się praktycznie podczas każdego wyjazdu wakacyjnego. Wiedziałem, że co najmniej raz muszą podczas takiej eskapady odbyć się łowy na ciekawe lub unikalne płyty i znosiłem to ze stoickim spokojem. Nawet nie próbowałem czekać na koniec zakupów kręcąc się po sklepie i przeglądając płyty, tylko od razu mówiłem że idę na zewnątrz pokręcić się po okolicy a jak Piotr zakończy swoje buszowanie po sklepowych zasobach, to niech dzwoni. Jakimś dziwnym trafem zawsze krótko po takich zakupach lądowaliśmy na piwie w knajpce i zaczynał się rytuał obmacywania nowo nabytych płyt oraz heroiczna walka z otaczającą je folią. Lubiłem te momenty, bo właśnie wtedy pojawiały się w oczach Piotra ogniki fascynacji oraz rodziły się pomysły, która płyta zostanie wykorzystana w jakiej audycji, a bywało czasami i tak, że jakiś większy album płytowy stawała się pomysłem na temat kolejnego turnieju muzycznego. Nie byłbym sobą, gdybym w takich monetach nie dopytywał o różne kwestie związane z nowo zdobytymi trofeami . W ten sposób poznałem np. w sewilskiej knajpce historię Żydów sefardyjskich i hiszpańskiej inkwizycji a innym razem w chorwackim Splicie dowiedziałem się sporo o historii bardów i wypraw krzyżowych.

110Split [Chorwacja] – 2011

373Sewilla [Hiszpania] – 2012

Takie zakupowe łowy oznaczały również, że cały najbliższy wieczór mam tylko dla siebie, bo Piotr po powrocie do hotelu wyciągał z walizki swój wiekowy odtwarzacz płyt CD i zalegał na łóżku lub fotelu balkonowym wsłuchując się w zakupione płyty. Czasami coś nucił pod nosem, czasami robił notatki do audycji a czasami nagle krzyczał „to jest genialne”. Po dwóch pierwszy wyjazdach byłem już na to przygotowany i zupełni spokojnie znosiłem bieg zdarzeń, ale zawsze pozostawała mi fascynacja dla pasji i zaangażowani z jakim Piotr podchodził do tych wieczornych przesłuchań.


Wymagający przyjaciel (08/06/2014)

„- Piotr był człowiekiem nie tylko wielkiego talentu, lecz także niespotykanej pasji. Miał 10 pomysłów na minutę – mówił w rozmowie z Różą Światczyńską Krzysztof Lipka. – To, co w radiowej pracy stanowiło niekwestionowany walor, w życiu prywatnym bywało zresztą problemem. Piotr bardzo silnie przywiązywał się emocjonalnie do ludzie, ale też bardzo szybko się nimi nudził… – dodaje.” 

Powyższą wypowiedź zaczerpnąłem ze strony internetowej Polskiego Radia. Pojawiła się ona wśród pozostałych zaraz po śmierci Piotra. Była jednak tą, która zapadła mi w pamięć bo wywołała mój sprzeciw w kontekście sformułowania, że Piotr szybko „nudził” się ludźmi. Tym ciężej było mi to zaakceptować, że przeżyłem z nim razem ponad 13 lat i obaj przez cały ten czas nie doświadczyliśmy uczucia wzajemnego znudzenia. Przekonany jestem jednak, że powód takiego a nie innego sformułowania tej wypowiedzi był mocno osobisty.

Niemniej jednak ta wypowiedź zagnieżdżona gdzieś głęboko w pamięci  wpłynęła na moje założenie, że kiedy będę pisał teksty o Piotrze, o jego życiu i pracy postaram się unikać zbędnego patosu i idealizowania. Co więcej napiszę nawet, że gdyby Krzysztof Lipka użył innego sformułowania niż „nudził” pewnie potwierdził bym jego zdanie w całej rozciągłości.

DSCN3450
Piotr faktycznie wyznawał zasadę, że z przyjaciółmi i znajomymi  powinno się wzajemnie w jakiś sposób uzupełniać lub wzmacniać i co najważniejsze powinna w tych relacjach pojawiać się pozytywna „chemia”. Zakładał również, że i on, i pozostali się zmieniają, a zatem rzeczą naturalną jest to, że drogi ludzi schodzą się i rozchodzą na różnych etapach ich życia. W tym spojrzeniu był też wymagający, bo oczekiwał że ludzie cały czas się rozwijają i zdobywają nowe doświadczenia co powoduje, że mają się czym dzielić we wzajemnych relacjach. Kiedy u drugiej osoby takiego rozwoju lub pasji brakowało, nieuchronnie prowadziło to do zamarcia danej znajomości. Podobny los spotykał relacje, w których druga osoba koncentrowała się jedynie na narzekaniu, obwinianiu za wszystko świata, rządu i innych. Piotr, choć z gruntu rzeczy o duszy artystycznej cenił silne osoby, które brały odpowiedzialność za swoje życie.

Dla wielu osób był trudnym przyjacielem/znajomym, bo swej erudycji i głosu, który był bardzo mocny – a jedyną sytuacją, w której go ściszał było obcowanie z mikrofonem radiowym – używał w często emocjonalnych dyskusjach i polemikach. Żeby mieć inne zdanie niż Piotr i dzielnie bronić go w takiej dyskusji, trzeba było być albo równie emocjonalnym dyskutantem albo bardzo zdystansowanym do siebie i pewnym własnego poczucia wartości człowiekiem. Mimo wszystko była to jednak świetna szkoła retoryki, z której ja czerpię wiele do dzisiejszego dnia.


Twórczy rytm (31/05/2014)

Liczba napisanych i nagranych przez Piotra audycji oraz poprowadzonych koncertów jednoznacznie wskazuje na to, że nie stronił on od pracy. Jednak myliłby się ten, kto sądziłby że zajmował się tylko pracą i poświęcał jej cały czas. Mówiąc szczerze samym pisaniem audycji zajmował się dopiero wtedy kiedy musiał a wcześniej trwały tzw. „przygotowania”. Do dzisiaj nie wiem, ile było w nich faktycznie przygotowań a ile zwykłego obijania.

W dużej mierze rytm radiowej twórczości nadawały wyjazdy do Warszawy na nagranie wcześniej napisanych tekstów. Najczęściej był to weekend raz lub dwa razy w miesiącu, w czasie którego Piotr nagrywał od 10 do 14 audycji, choć i zdarzały się wyniki bliskie dwudziestki. Po powrocie do domu z takich maratonów zapadał się w swój ulubiony fotel i przez dwa dni nie robił nic co wiązałoby się z pisaniem nowych audycji. Jak mawiał, musiał się zregenerować. Kolejne dwa-trzy dni tzw. „przygotowań” poświęcał na słuchanie utworów, o których miał zamiar pisać lub zbierał i systematyzował informacje na ich temat.  Był to uwielbiany czas przez naszą sąsiadkę, która na emeryturze zajęła się malarstwem. W te dni w naszym domu głośno rozbrzmiewały słuchane przez Piotra utwory, a jeśli było to lato i otwarty balkon dźwięki te rozbrzmiewały w całej okolicy. Dla naszej sąsiadki melomanki i malarki były to bardzo inspirujące chwile.

Jeżeli terminy na napisanie audycji nie były jakoś mocno zagrożone, to Piotr do komputera najszybciej siadał dopiero popołudniami, o ile nie wieczorem. Porzucał wtedy swój fotel i przenosił się na krzesło przy biurku. Odpalał laptopa, włączał swój ulubiony wiekowy discman i słuchał muzyki na swoich trochę mniej wiekowych słuchawkach. Nieodłącznym elementem procesu twórczego był też non stop włączony telewizor z programem TVN24. Według Piotra dawał mu on możliwość bycia na bieżąco z wydarzeniami na świecie. Co ciekawe, radio w naszym domu bywało włączane sporadycznie. Jedynie ja słuchałem go regularnie podczas porannych przygotowań do pracy. Wraz z upływem wieczoru biurko zapełniało się nowymi płytami i książkami a Piotr nieustannie pisał i pisał. Jak miał dobry dzień i słowa wyjątkowo dobrze układały się w ciekawe teksty, to praca ta trwała do czwartej lub piątej nad ranem.

Piotr radio_cut

Dzień przed wyjazdem do Warszawy na kolejne nagranie rozpoczynała się zakrojona na szeroką skalę akcja logistyczna. Wszystkie teksty były drukowane w dwóch egzemplarzach, a następnie na podstawie zapisanych w nich informacji o nazwie utworu, jego czasie i i płycie z której pochodzi  rozpoczynało się skrupulatne układanie płyt CD w pokrowcach do ich przewożenia. Było to o tyle ważne, że w weekendy – kiedy najczęściej odbywały się nagrania – płytoteka i taśmoteka Polskiego Radia były zamknięte.  Tak dobre i uporządkowane przygotowanie do nagrań powodowało, że z Piotrem chętnie współpracowali realizatorzy. Po pierwsze podczas nagrań uporządkowane i opisane płyty eliminowały ryzyko pomyłki a po drugie nikt nie tracił czasu na szukanie utworu, który trzeba w tym momencie wgrać do audycji. Podczas ostatnich miesięcy nagrywania audycji, Piotr pracował z cudownym małżeństwem realizatorów, którzy razem z nim nagrywali audycje na dwa studia. W uproszczeniu, w jednym studiu jedna osoba nagrywała z Piotrem tekst do audycji, a w tym czasie druga osoba do innego tekstu dogrywała odpowiednie części utworów. Piotr czasami się śmiał, iż była to swoista produkcja taśmowa. Niemniej jednak na takie nagrywanie mogli sobie pozwolić, tylko najlepsi, którzy zdobyli zaufanie Piotra. Wkładał on całe swoje serce w teksty i nagrania i jak tylko widział, że realizator pracuje „po łepkach” lub tak niechlujnie opisuje audycje, że potem są nadawane w nieodpowiedniej kolejności współpraca szybko dobiegała końca.


Nieustający rozwój (24/05/2014)

Całe nasze życie to działanie i pasja. Unikając zaangażowania w działania i pasje naszych czasów, ryzykujemy, że w ogóle nie zaznamy życia.Herodot

Bywają ludzie, którzy w połowie swego życia uznają, że wiedzą już na tyle dużo, aby przestać się rozwijać i koncentrują się jedynie na „odcinaniu kuponów” od tego czego się nauczyli. Z Piotrem było zupełnie inaczej, był wręcz genetycznie ukierunkowany na poszukiwanie i rozwój.

Kiedy poznaliśmy się 2001 roku swoje audycje przygotowywał jeszcze na maszynie do pisania marki Olivetti i ubolewał, że nie poznał kogoś kto mógłby go nauczyć obsługi komputera, a szczególnie programu do edycji tekstów. Zadanie to nie było łatwe, bo Piotr był niecierpliwym uczniem i do tego niezbyt  „dogadującym się” z systemami komputerowymi. Mimo to już po paru miesiącach udało się nam doprowadzić do tego, że jego audycje powstawały wyłącznie na komputerze, a maszynę do pisania zastąpił ciężki i toporny laptop, ale wtedy ciężko było o inne. Choć w ostatnich latach Piotr i komputery nadal nie pałali do siebie szczególną sympatią to Piotr efektywnie korzystał z osiągnięć technologii. W całkiem sporej liczbie audycji Piotr czytał w radiowym studiu wcześniej napisany tekst nie z kartek papieru, a bezpośrednio z monitora laptopa a wszystkie ostatnie sygnały otwierające i zamykające jego audycje montował sam na domowym komputerze.

Piotr spojrzenie4_cut
Oczywiście stagnacji nie było też w obszarze muzycznym. Piotr na bieżąco śledził najnowsze wydania nagrań oraz książkowych publikacji muzykologicznych, sukcesywnie powiększając wolumen sprzedaży sklepów i antykwariatów internetowych. Niejednokrotnie w naszym domu pojawiały się czwarte lub piąte wersje nagrań tych samych utworów, jednak Piotr zawsze w takich sytuacjach twierdził, że ta nowa wersja wnosi coś nowego do interpretacji utworu i podpowiada mu ciekawy temat do audycji. Bacznie śledził też nowości w dziedzinie badań nad twórczością wielkich kompozytorów, ze szczególnym uwzględnieniem Bacha i Mozarta. Lubił też eksperymentować z utworami tych mało znanych, którzy zaciekawili go z jakiegoś powodu.

Wszyscy słuchacze audycji Piotra zapewne świetnie wiedzą, że sztukę postrzegał on znacznie szerzej niż tylko przez pryzmat muzyki, zatem nasz dom wypełniał się też nowy pozycjami z zakresu literatury, malarstwa czy filozofii. Ponieważ muzyka, o której opowiadał był bardzo bliska sferze sacrum Piotr w ostatnich miesiącach swojego życia zakupił obszerne opracowanie dotyczące zakonów i klasztorów aby lepiej uchwycić kontekst niektórych dzieł muzycznych.

W swoim rozwoju był na tyle nieustępliwy, że w wieku 46 lat zdecydował się na intensywną naukę języka angielskiego, który według swojego mniemani znał jeszcze za słabo, choć wiele swoich audycji przygotowywała korzystając z publikacji anglojęzycznych.

 Aby dopełnić tego obrazu dodam jedynie, że kiedy po jego śmierci pozwolono mi w samotności pożegnać się z nim już definitywnie, wśród rzeczy które zabrałem ze szpitalnego pokoju była książka „Gawędy o sztuce” Bożeny Fabiani, która zdaniem Piotra pisała równie fascynująco o sztuce, jak on starał się opowiadać o muzyce. Piotra oczywiście fascynował nie tylko treść ale i warsztat pisarski autorki.


Limerykowe szaleństwo (10/05/2014)

„Chwilami życie bywa znośne” to tytuł dokumentu o Wisławie Szymborskiej autorstwa  Katarzyny-Kolendy Zaleskiej, który Piotr obejrzał krótko przez wakacjami w roku 2012. Dokument wywołał u nas w domu dłuższą dyskusję o istocie kiczu (nawiązanie do loteryjek organizowanych przez Panią Wisławę) oraz o tym jak trudną ale potrzebną sztuką jest pisanie o rzeczach trudnych prostym językiem. Początkowo sądziłem, że temat tego dokumentu szybko przeminie w natłoku codzienny spraw i wielości zainteresowań Piotra. Jakże się myliłem przyszło mi się przekonać  już niebawem.

Szymborska_10

Wakacje w 2012 roku spędzaliśmy w niewielkiej miejscowości El Rompido na hiszpańskim ”Wybrzeżu Światła” (Costa de la Luz) dzieląc czas pomiędzy wycieczki , wypoczynek na plaży i spacery po najbliższej okolicy. Dzisiaj już nie pamiętam którego dnia Piotr przypomniał sobie dokument o Wisławie Szymborskiej, a w zasadzie jej fascynacje limerykami, pamiętam jednak że było to w uroczej knajpce oddalonej parę metrów od hotelu. Właśnie sączyliśmy mohito w czasie leniwej sjesty kiedy Piotr nagle zaczął chichotać notując coś na serwetce. Tak powstał pierwszy limeryk:

Raz pani Penelopa z Hiszpanii

Wybrała się na urlop do Danii.

Leciała pół dnia samolotem,

wylądowała i zasnęła potem

i nie wiedziała, że jest we Flandrii.

Limerykowe szaleństwo nadeszło niebawem, nie było chwili, żeby Piotr nie szukał rymu do jakiegoś słowa bawiąc się jakąś limerykową historyjką. Nie przeszkadzał mu nawet opóźniony w środku nocy o dwie godziny lot powrotny do Polski. Uznał, że to świetna okazja aby sobie polimerykować.  Jak tylko wylądowaliśmy na Okęciu w Warszawie, odebraliśmy bagaże i przysiedliśmy w miłej knajpce na śniadanie czekając na lot do Gdańska szaleństwo zaczęło się od nowa – jadłem jajecznicę szukając rymu do słowa „przechrzciła”.

Efekt fascynacji limerykami znalazł wkrótce swój finał na stronie internetowej Piotra. Ku zaskoczeniu wielu osób, przyzwyczajonych raczej do niekoniecznie dowcipnych esejów, na stronie pojawił się dział Limeryki a w nim pierwsza „paczka” 29 esejów pod wspólnym tytułem „Limeryki z wakacji”.


„Wycieczki zakładowe” i inne wyjazdy (10/05/2014)

Nie samą pracą człowiek żyje zwykło się mawiać i choć Piotrowi zabierała ona większość czasu to też znajdował chwile na wypoczynek i relaks. Szczególnie upodobaliśmy sobie na ten cel weekendy, podczas których organizowaliśmy wypady samochodowe po Kaszubach lub Pomorzu, które Piotr zwykł nazywać „wycieczkami zakładowymi”. Po dwóch latach kultywowania tej tradycji ciężko już było nam znajdować takie drogi na Kaszubach po których jeszcze nie jechaliśmy. Jednak nie tylko same drogi były atrakcją podczas tych przejażdżek, ale często również ulubione miejsca takie jak na przykład knajpki w Przywidzu, Chmielnie czy Ostrzycach. Oczywiście w czasie tych eskapad w samochodzie cały czas towarzyszyła nam muzyka oraz piękne widoki dokoła. Do odrębnego zwyczaju należały coroczne „obowiązkowe” wizyty w oliwskim zoo, malborskim zamku, wdzydzkim skansenie oraz fromborskim planetarium.

W trakcie tych wszystkich wizyt i „wycieczek zakładowych” Piotr  przechodził małe metamorfozy i ciężko było w nim odnaleźć ślad znanego z anteny radiowej muzykologa. Obowiązkowym elementem był przystanek przy małym wiejskim sklepiku i zakup „smaku dzieciństwa”, czyli landrynkowatej różowej oranżady i chrupek kukurydzianych.  Piotr zupełnie odrywał się myślami od pracy zawodowej, dużo żartował i śmiał się a w sytuacji, gdy w wycieczce towarzyszyli nam znajomi zabawiał wszystkich opowieściami. Jak czasami mówił w tych momentach ładowała baterie do dalszej wytężonej pracy.

Zwyczajowo długi weekend majowy przeznaczony był na wizyty w oliwskim zoo, w którym dłuższą chwilę musieliśmy spędzić przy ulubionych przez Piotra surykatkach oraz wpaść do baru Biały Łabędź na „bułkę jarską”. Zabawom i śmiechom nie było końca a wiele uwiecznionych na fotografiach wygłupów powinno pozostać w prywatnym archiwum, zatem tutaj zamieszczam te lżejszego kalibru.

P1010340_cut
P1010343_cut

Bez względu na cel weekendowego wyjazdu i godzinę powrotu, późnym wieczorem Piotr zajmowała miejsce przy swoim ulubionym biurku i w całym domu dało się słyszeć dźwięk komputerowej klawiatury przebijający się przez muzykę, którą Piotr miał zamiar wykorzystać w swoich kolejnych audycjach. Tak powstawały m.in. następne odcinki „Drogi do Wiednia” czy „Lekcji muzyki”…


Papierowi przyjaciele (26/04/2014)

Z pewnym zaciekawieniem obserwuję ostatnio nowe mieszkania moich znajomych i przyjaciół. Pamiętam z dawnych czasów niezbyt ładne i nudne segmenty, które w zależności od preferencji gospodarzy miały albo spore witryny, w których za szkłem prezentowały się wypolerowane kryształy, karafki i różnego rodzaju kieliszki, albo główną część segmentu stanowiły półki wypełnione książkami.

Teraz jak mi się zdaje głównym trendem jest jak najwięcej pustej przestrzeni, wielki płaski telewizor i meble o designerskim sznycie lub skandynawskiej prostocie. Bardzo lubię minimalizm i skandynawski styl, niejednokrotnie też zachwycam się tymi wnętrzami a szczególnie ich funkcjonalną prostotą jeżeli chodzi o sprzątanie. Przeuroczo wyglądają wieczorami, szczególnie gdy są ciekawie doświetlone lub gdy wielka płaszczyzna okien zmienia się w ciemne tło rozświetlone dziesiątkami światełek. Podoba mi się tam jeżeli jestem w tych miejscach zaledwie kilka godzin lub dwa/trzy dni. Po tym czasie miejsca te zdają mi się zimne i puste. Jak to określił Piotr brakuje im duszy, duszy którą jak zgodnie twierdziliśmy tworzą w domu książki. Zawsze ich było pełno w naszym domu i były to jedyne przedmioty, których w tym domu było więcej niż płyt. Książki zajmowały półki, szafy zabudowane, wylegiwały się na stołach i biurkach, a po śmierci mamy Piotra jego wielka rodzinna biblioteka zawładnęła naszą do tej pory pustą piwnicą. Powodowało to zresztą nieraz komiczne sytuacje, jak ta kiedy Piotra na klatce schodowej spotkała naszą sąsiadka która zapytała go dokąd się wybiera, a on bez zastanowienia odparł, że do biblioteki. Sąsiadka lekko zdębiała, Piotr był w lekkiej bluzie , spodniach dresowych i klapkach a na dworze było -15 stopni i spora śnieżyca. Spoglądając na niego lekko dziwnie, zapytała jedynie „A Ty się nie boisz, że się przeziębisz” i dopiero w tym momencie Piotr zrozumiał, że sąsiadka myśli o bibliotece publiczne a on o „piwnicznej”. Nieporozumienie zostało szybko wyjaśnione, ale legenda na ten temat przetrwała w opowieściach sąsiedzkich.

Z książkami w naszym domu było zresztą śmiesznie. Ja wychowany w czasach, gdy szło się do zaprzyjaźnionej księgarni a tam znajoma ekspedientka wyciągała spod lady zawiniątko zapakowane w papier  i podawała cenę, a człowiek dopiero w domu zaglądał co nabył czytałem książki w ten sposób, aby nosiły jak najmniejsze ślady używania. Piotr wprost inaczej, kreślił po nich, robił notatki na marginesach i zapisywał komentarze. Jak mówił książki to nie nietykalne bóstwa ale moi przyjaciele. Trzeba ich używać, żeby żyły. Uwielbiał je, ale musiały zasłużyć na jego względy, jest w domu kilka egzemplarzy, które na swoich marginesach noszą bezkompromisową adnotację „Bzdura!!!” lub „Bełkot!!!”. Niemniej jednak każda z nich na swojej pierwsze stronie ma wpisane niebieskim atramentem imię i nazwisko Piotra.

Popisane książki_cut


Czarodziej w Skoczowie (19/04/2014)

Zaryzykowałbym twierdzenie, że Piotr nigdy nie pracował, on po prostu spełniał się w pasji tworzenia. Tym co zawsze mnie zaskakiwało to jego pełne zapału oczy kiedy pisał nową audycję, przygotowywał się do prowadzenia koncertu, czy też kolejnego wykładu. Znał swoją wartość, wiedział że to co robi jest unikalne ale był w tym wszystkim taki bardzo zwyczajny.  Zresztą wielu zaskakiwał swoim niewyszukanym zachowaniem, bezpośredniością w rozmowach i totalnym brakiem poczucia wyższości nad innymi. Denerwował się kiedy ktoś mówił do niego per „Panie redaktorze”.

Sławetna była w jego domu rodzinnym opowieść o tym, jak otrzymał wiele lat temu propozycję objęcia stanowiska dyrektora jednego z programów radiowych w Polskim Radiu. Bił się z myślami czy przyjąć ofertę, bo z jednej strony pociągała go możliwość stworzenia nowej jakości na falach radiowych, ale z drugiej strony czuł, że nie jest stworzony do zarządzania ludźmi, był – jak to mawiał – typowym zwierzęciem antenowym. Sprawę przesądził telefon jednego z prezesów wykonany do jego mamy. Miała ona usłyszeć, że jeśli przekona syna aby objął to stanowisko, to syn będzie nieźle zarabiał i będzie jej mógł kupować drogie prezenty. Finał był chyba prosty do przewidzenia, Piotr dowiedział się o tej rozmowie i wściekł okropnie podejmując w tej samej chwili decyzję o odrzuceniu oferty. W zasadzie z perspektywy czasu chyba powinniśmy być wdzięczni Panu Prezesowi, jego nierozważny ruch zapewnił słuchaczom możliwość dalszego obcowania z charakterystycznym głosem Piotra jeszcze przez wiele lat. Być może gdyby nie ten telefon, nigdy byśmy nie usłyszeli fascynującej „Drogi do Wiednia” czy niezapomnianych „Lekcji muzyki”.

Piotr Orawski w radiu
Co może zadziwić słuchaczy, Piotr generalnie rzadko bywał w radiu. Pracował bardzo dużo w domu w Gdyni, a audycje nagrywał hurtowo raz lub dwa razy w miesiącu. Zazwyczaj odbywało się to w weekendy, bo wtedy budynek radiowy był pusty i nikt mu nie przeszkadzał. Prawdziwym trafem szczęścia w weekendy odbywały się też Muzyczne Turnieje Dwójki, którym Piotr swojego czasu nadał zupełnie nową formę. Zerwał z jego zdaniem nudnym zadawaniem pytań, puszczaniem muzyki i na koniec odczytywaniem jedynie zwycięzców, którzy udzielili prawidłowych odpowiedzi przez telefon. Spełnił swoje marzenie, stworzył w 100% interaktywną audycję, podczas której na żywo rozmawiał ze słuchaczami na antenie. Tylko ja wiem jak ogromną radość mu to dawało, po każdej z takich audycji dzwonił do mnie rozpromieniony i opowiadała z ekscytacją o tych rozmowach. Rozmowach, które umacniały go w przekonaniu, że to co robi ma sens, że ktoś pod drugiej stronie mikrofonu chce tego słuchać i że dla kogoś jest to ważne.

Jednym z największych wyzwań, z którymi musiał się zmierzyć były Poranki Muzyczne Polskiego Radia i wcale nie to przerażało Piotra, że zamiast w studiu stoi na scenie i wszystko co powie będzie transmitowane na żywo. Przerażał go dobór widowni. Trudna do opanowania banda niesfornych dzieciaków, które jak się nudzą to mówią o tym, jak nie mogą usiedzieć na miejscu to wpadają na pomysł aby pobiegać po scenie, jak poczują potrzebę tańca to tańczą. Zupełnie nie miał koncepcji jak do niech dotrzeć, bo wyrafinowana polszczyzna nie była tym do czego przywiązywałby one szczególną wagę. Postanowił pójść na żywioł i otworzyć się na nowe doświadczenie. Radiowa koleżanka Piotra, Małgosia Zalewska zawsze wspomina ze śmiechem moment kiedy zagubiony Piotr po koncercie stoi na środku sceny a grupa dzieciaków wisi wprost na nim, bo każde chce mieć kontakt z Muzycznym Czarodziejem Jedynki. Mógłbym ciągnąć ten wątek długo, ale dość jak napiszę, że po drugim koncercie Piotr zakochał się w tych spotkaniach. W niewiadomy mi sposób potrafił przejąć tę pozytywną energię od dzieciaków. Zresztą był to chyba jedyny „projekt”, w którym dostawała tak spontaniczne i prawdziwe potwierdzenie tego, że to co robi ma sens i daje innym radość.

Poranki muzyczne Polskiego Radia_format

Ukoronowaniem tych doświadczeń była wizyta na drugim krańcu Polski, w Skoczowie. W związku z wydarzeniami rodzinnymi Piotr musiał załatwić jedną sprawę w tamtejszym biurze nieruchomości. Nigdy w nim niczego nie załatwiał i nikt go tam nie znał. Jakież było jego zdumienie, kiedy po paru pierwszych słowach dotyczących sprawy z jaką przyszedł pani obsługująca to biuro cała się rozpromieniła i ze szelmowskim uśmiechem powiedziała: „Muzyczny Czarodziej Jedynki jak sądzę”. Piotra zatkało, bo totalnie się tego nie spodziewał. Spędził w tym biurze kilka miłych chwil, a synek Pani od nieruchomości okazał się wielkim fanem Muzycznych Poranków Jedynki. Piotr był tak podekscytowany tym wydarzeniem, że w drodze powrotnej do domu napisał w pociągu 4 nowe audycje, a z czasem o skoczowskim przypadku dowiedzieli się wszyscy jego przyjaciele.


Kolejowy zwyczaj (13/04/2014)

Słuchaczom Piotr był znany jako erudyta i człowiek o szerokich zainteresowaniach. Jednak audycje nie ujawniały do końca cechującej go ciekawości świata i ludzi. Ciekawości, która czasami ocierała się o dziecięcą fascynację otoczeniem i naiwną wiarę w dobroć wszystkich osób. Dla Piotra rozgrywki towarzyskie, czy skomplikowane relacje i nieformalne wpływy w kwestiach zawodowych były czymś nie do końca zrozumiałym i w jego ocenie kompletnie zbędnym. Preferował zasadę mówienia wprost tego co myśli i zakładał że z podobnym podejściem ma do czynienia po drugiej stronie. Z oczywistych względów tak nie było i niejednokrotnie płacił za to wysoką cenę, ale cały czas nieugięcie trzymał się swojej ufności w dobroć ludzi.

Tak duża wiara w innych powodowała, że był zawsze bardzo otwarty przy nawiązywaniu nowych znajomości i zaskarbiał sobie tym sympatię nowo poznawanych osób. Dzięki temu szybko budował pozytywne relacje z artystami, których koncerty miał przyjemność prowadzić czy też zyskiwał przychylność słuchaczy na radiowej antenie. Zresztą te antenowe znajomości niejednokrotnie potem przeradzały się  w obfitą korespondencję mailową. W mgnieniu oka zdobywał również sympatie sąsiadów oraz ekspedientek z pobliskich sklepów.

P1010064_cut

To podejście znalazło też swoje odzwierciedlenie w pewnym sympatycznym zwyczaju, który wykształcił się na przestrzeni lat podczas kolejowych podróży Piotra między Trójmiastem, w którym mieszkał i pisał swoje audycje a Warszawą, gdzie te audycje nabierały radiowej formy. Przez kilka lat te podróże odbywały się dwa, trzy razy w miesiącu i praktycznie zawsze miał podobny przebieg. Kiedy dzwoniłem do niego, pytał czy jest coś ważnego bo jeśli nie to oddzwoni później, ponieważ prowadzi właśnie fascynującą dyskusję z uroczym współtowarzyszem lub współtowarzyszką podróży. Kilka godzin później oddzwaniał cały rozemocjonowany i relacjonował ile ciekawych rzeczy z danej dziedziny dowiedział się od spotkanej osoby. Czy to o prawie od prawnika, czy o zawiłościach języka od filologa, czy o konstrukcjach budowli od architekta. Potrafił też być zafascynowany tym jak ciekawie może się układać na pozór nudne życie gospodyni domowej  czy ekspedientki w kiosku z gazetami. Czasami spotykał znane osoby, ale najczęściej byli to „zwykli” ludzie, którzy dzielili się z Piotrem opowieściami o swoim życiu. Jak mawiał Piotr, to był taki mały gabinet psychologiczny na torach, w którym działała magia anonimowości, bo uczestnicy tych spotkań zakładali że los zetknął ich ze sobą tylko na jeden raz mogli więc powiedzieć tej obcej osobie niejednokrotnie więcej niż znajomym, czy rodzinie. Pewnie było to o tyle łatwiejsze, że mieli przed sobą dobrego słuchacza o ciepłym głosie, który żywo interesował się tym o czym opowiadają. Z pewnością jednak nie wiedzieli, że w domu na biurku Piotra było jedno specjalne miejsce, w które Piotr odkładał wszystkie wizytówki otrzymane podczas takich spotkań.

”…Dorośli są zakochani w cyfrach. Jeżeli opowiadacie im o nowym przyjacielu, nigdy nie spytają o rzeczy najważniejsze. Nigdy nie usłyszycie: „Jaki jest dźwięk jego głosu? W co lubi się bawić? Czy zbiera motyle?”

Oni spytają was: „Ile ma lat? Ilu ma braci? Ile waży? Ile zarabia jego ojciec?” Wówczas dopiero sądzą, że coś wiedzą o waszym przyjacielu…” –  Antoine de Saint-Exupery „Mały książe”


Hiob – czy to drugie imię Piotra? (05/04/2014)

„Hiob jest jedną z najbardziej wzruszających postaci w dziejach europejskiej i światowej kultury. Kiedy myślę o Hiobie, boję się, że w sytuacjach skrajnych z pewnością mu nie sprostam. Konieczność odchodzenia i umierania jest rzeczą oczywistą, ale konieczność cierpienia wcale tak oczywista nie jest.” Tymi słowami Piotr zaczął jeden z esejów, który dedykował swojemu przyjacielowi Januszowi Pasierbowi. Zresztą ta biblijna postać wielokrotnie przewijała się w jego tekstach i audycjach. Mogło to dziwić tych, którzy poznawali go gdzieś przelotnie, czy w sytuacjach zawodowych, kiedy to kipiał energią i dynamizmem albo wtedy kiedy prowadził ożywione dyskusje o muzyce, religii, filozofii, sztuce czy innych aspektach szeroko rozumianej kultury. Bliscy i przyjaciele znali jednak i inne oblicze Piotra. Właśnie to, które – choć Piotr tego nigdy wprost nie powiedział – przyciągało go moim zdaniem do biblijnego Hiobie.

098_pomniejszone

Gdy Piotr miał 25 lat usłyszał od lekarzy wyrok śmierci, choć z na pozór pocieszającym odroczeniem jego wykonania. Pozór pocieszenia wynikał z faktu, że choć śmierć miała nadejść za parę albo paręnaście lat, to prowadzić do niej miała potworna – szczególnie dla tak młodego człowieka – droga. Najpierw to były potworne bóle w dolnej części kręgosłupa, które z czasem miały stopniowo rozszerzać się na wyższe partie, aż po odcinek szyjny. Potem miała przyjść charakterystyczna dla tej choroby postawa ciała lekko pochylona do przodu, która powoduje, że chory chodzi patrząc cały czas  w ziemię, a kiedy chce obejrzeć się za siebie musi obracać całe ciało. Następnie jak mówił Piotr, miały się pojawić trudności z płucami i oddychaniem z powodu przykurczonej i usztywnionej klatki piersiowej.  W swoim eseju pisał „Księga Hioba jest jedną z najbardziej niezwykłych ksiąg Starego Testamentu. Jest to przypowieść o okrucieństwie Boga w sporze z Szatanem, ale zarówno o ludziach, którzy padli tego sporu ofiarą.” Okrucieństwem jest odebrać młodemu człowiekowi wizję dalszego szczęśliwego życia, a szatańską przewrotnością porazić go chorobą, w której bolesne objawy nasilają się po nocy lub dłuższej nieruchomości. Bo jak tu się kłaść spać aby wypocząć po ciężki dniu ze świadomością, że ten wypoczynek opłaci się porannym bólem. Jak podróżować co tydzień lub co dwa między Trójmiastem a Warszawą, kiedy to podróż obojętnie czy samochodem, czy pociągiem będzie trwała parę godzin. Godzin w których organizm nie zazna wiele ruchu a ból tylko czyha na to aby rozkwitnąć w całej swej okazałości.

To właśnie między innymi w tej przyczynie upatruję tak częstego poruszania tematu ulotności bytu i samej śmierci, że o odwołaniach do Hioba nie wspomnę. Wątku wiary w Boga nie będę zgłębiał, bo jak mawiał sam Piotr łaska wiary nie była mu dana, choć z racji tematyki którą się zajmował miał rozległą wiedzę o historii Kościoła i teologii. To co nieustająco mnie fascynowało i fascynuje nadal, to jak w sytuacji, która większości z nas odebrała by chęć do życia udało się Piotrowi znaleźć pokłady energii i siły do stworzenia ponad dwóch tysięcy audycji, prowadzenia dziesiątek koncertów, wykładania na uczelniach, publikowania w pismach muzycznych, przygotowania tekstów do płyt z muzyką poważną a to jedynie, co prawda większy, ale nadal wycinek jego życia. Myślę, że pewnym rozwikłaniem tej tajemnicy może być „magiczna” wieź ze słuchaczami, czy to po drugiej stronie radiowego mikrofonu, czy tych na salach koncertowych i wykładowych. Sam musiałem parę razy pomagać Piotrowi wyjść z samochodu i widziałem jak wielkiego bólu doświadczał, ale nagle tuż przed audycją lub koncertem dostawał dziwnej siły, prostował się, uśmiechał i mógł już czarować wszystkich swoim ciepłym głosem.

Wątek Hioba przewija się przez życie Piotra raz w jeszcze okresie lat 2005-2007 i to w sposób wyjątkowo symboliczny bo z Mozartem powiązany. Tak jak Hiob został w pewnym momencie uwolniony od cierpień a nawet za nie w dwójnasób nagrodzony tak i w życiu Piotra dokonała się wielka zmiana, która miała swój początek w delegacji do Austrii w 2005 roku. Był to wyjazd związany z przygotowaniami do Roku Mozartowskiego, kiedy to Piotr z radiową koleżanką spędzili tydzień na odwiedzaniu miejsc dla życia Mozarta ważnych i istotnych. To właśnie wtedy padły słowa kluczowe: „Piotr, ale ty okropnie kaszlesz. Rzuć te papierosy”. Tak to już bywa, że gdy najbliżsi zwracają nam uwagę, uważamy że się czepiają a gdy robi to ktoś nam już nie tak bliski zaczynamy się nad tematem zastanawiać. Kilka dni potem, późnym wieczorem dostałem telefon od Piotra z lotniska w Warszawie: „Szczęśliwie wylądowałem i za chwile wypalę ostatniego papierosa w swoim życiu”. To co się stało w ciągu następnych miesięcy było prawdziwym zaskoczeniem. Bóle ustały a choroba jakby się cofała. Lekarze nie potrafili tego wyjaśnić. Jakieś dwa lata później po wielu konsultacjach i badaniach okazało się, że diagnoza sprzed dwudziestu lat była błędna i Piotr nie ma choroby, na która leczył się od lat. Ból natomiast brał się najprawdopodobniej z tego, że kręgosłup miał pewne niegroźne schorzenie, które w połączeniu z niedotlenieniem krwi przy papierosach dawało takie właśnie efekty. Zdrowia zniszczonego inwazyjnymi lekami nie dało się już całkowicie odbudować, ale Piotr zyskał nowe siły życiowe i całe szczęście, bo tylko tygodnie dzieliły go od nowej wspaniałej przygody jego życia jaką okazały się Muzyczne Poranki Jedynki, podczas których narodziło się nowe wcielenie Piotra – Muzyczny czarodziej…

Polecam lekturę eseju Piotra o Hiobie z czerwca 2012 roku: http://www.piotrorawski.pl/Mysli_spisane.php?year=2012&month=6

 


Tytuł z zaświatów…  (01/04/2014)

To że Piotr był tytanem pracy było wiedzą powszechną wśród jego znajomych i przyjaciół. Spojrzeć zresztą wystarczy jak wielki dorobek po sobie zostawił. Jednak mało kto wie, że pracowitością a w zasadzie obowiązkowością w jej wykonywaniu wykazał się również po śmierci. W drugiej połowie października 2013 roku V tom Lekcji muzyki był właśnie w ostatniej korekcie, brakowało tylko tytułu tomu i tradycyjnej dedykacji. W tym właśnie momencie nadeszła informacja o śmierci Piotra.

Jakież jednak było moje zdumienie, kiedy po trzech dniach od śmierci Piotra włączyłem jego komputer i nagle drukarka ustawiona pod biurkiem skrzypnęła a głowica drukująca w swoim dzikim tańcu ułożyła tusz na kartce w następujące słowa: „Dojrzały klasycyzm, Muzyka sakralna, Opera klasyczna”. Co najbardziej zadziwiające – na żadnym z komputerów, ani w rękopisach nie znalazłem tego tytułu V tomu. Istniał on tylko w ulotnym buforze pamięci drukarki, przynajmniej takie wyjaśnienie podpowiada mi racjonalność.

Książka_tomV (medium)